skanowanie: 'ŻURAWIEJKI' Michał Choczaj http://www.zurawiejki.horsesport.pl/

1936/4 (126) poz.4

PPOR. REZ. INŻ.-ROLN. STANISŁAW SZCZAWIŃSKI.

MOJE TRZY GROSZE...

(Do dyskusji o rzędzie końskim) 1).

1) w związku z artykułem por. Kowalewskiego "Jeszcze trochę o rzędzie końskim". ("Przegląd Kawaleryjski" Nr. 1/123), 1936 r.


  1. Co do zmniejszenia wysokości łęków, proponowanego przez porucznika Kowalewskiego, miałbym pewne zastrzeżenia. Wierzę wprawdzie, że niższe łęki nie siądą nawet na bardzo wysokim kłębie końskim w warunkach pokojowych, wątpię tylko, czy kondycja wojenna koni nie spowoduje w niektórych wypadkach oparcia się takiego łęku o kłąb; "Sicher ist sicher" - lepsza tu przesadna przezorność!
  2. Zostawiłbym popręg skórzany; używaliśmy na wojnie popręgów skórzanych, działających bez zarzutu, choć mieliśmy konie niekoniecznie zawsze typu wierzchowego, a więc ze skłonnością zsuwania popręga pod "łokcie", co powoduje marszczenie i obcieranie skóry konia. Popręgi sznurkowe są wprawdzie przewiewne, ale wrażliwe na wpływy atmosferyczne; popręg sznurkowy zmoknięty i zabłocony, kiedy w dodatku zamarznie, staje się twardy jak róg, obciera konia, nierównomiernie się wyciąga i kurczy oraz prędko się niszczy.
  3. Napierśnik zostawiłbym jak obecny. Jeden rzemień przyczepiony do przedniego łęku, w wypadku gwałtownego ruchu konia, będzie działał jak dźwignia podnosząca tylny łęk siodła wgórę a cisnąca przedni wdół, przezco nietylko nie spełni swej roli ubezpieczającej siodło (np. gdy koń stanie dęba), lecz przeciwnie, będzie siodło szarpać i zruszać. Nie rozumiem, jakie zadanie autor przeznacza wzorowi napierśnika, wyobrażonemu na rysunku 5; sądzę, że lepszy jest zupełny brak napierśnika od czegoś, co wisi na szyi końskiej i szarpie za popręg, gdyż brak związania z siodłem u góry spowoduje opadanie napierśnika na szyję przy schylaniu się konia i szarpnięcie za popręg (przeniesione oczywiście na grzbiet konia za pośrednictwem ławek), przy podniesieniu głowy przez konia.
  4. Obawiałbym się puśliska pojedynczego. Na wadze nie zyskamy nic albo prawie nic, bo rzemień musiałby być bardzo gruby, oprócz tego, przecież conajmniej 1/4 część długości puśliska (jak na rys. 6), służąca do regulowania jego długości, i tak musi być podwójna; do tego dochodzi jeszcze zawinięcie podwójne dość głębokie, na ucho u góry. Puślisko takie musiałoby być zaszyte "na amen" na zaczepie u ławki 1), bo chyba zatrzasku do puśliska, używanego przy siodłach sportowych, porucznik Kowalewski nie poleca! Puślisko pojedyncze, wskutek tego, przecierałoby się bardzo szybko w miejscu zaczepienia, czego się unika w puślisku podwójnem, które zaczepiane jest w różnych miejscach, zależnie od długości nóg jeźdźca.

    1) Inaczej, musiałaby być jeszcze jedna sprzażka i jeszcze jedna przystuła, a w wyniku, całość skomplikowana i niezdarna, jeszcze cięższa i droższa od puśliska podwójnego!


    Możliwe, że przez buty od Niedzińskiego czy Hiszpańskiego podwójne puśliska uwierają, lecz niema obawy, aby ułan, noszący buty "fasowane", skarżył się na jakikolwiek ucisk!
  5. Owsiak. Nie pamiętam, aby którykolwiek z mych kolegów na wojnie woził kiedykolwiek owies w owsiaku; tak też, według mego najgłębszego przekonania, będzie na przyszłej wojnie, na której również pośrednictwo intendentury zastąpione będzie w dużej mierze bezpośrednim obrotem od wytwórcy do spożywcy. Pozatem, o ile mieliśmy zapasy owsa, woziliśmy je w dwóch karmiakach symetrycznie napełnionych i zawieszonych na menażce na tylnem łęku siodła, na dwa boki końskie; miało to tę dobrą stronę, że każdej chwili i natychmiast, można było owies podać koniowi.
    Osobiście, w owsiaku woziłem bieliznę (ź jednej strony czystą, z drugiej brudną), co skłania mnie do nazwania tego sprzętu "bieliźniakiem", o ile byłby zostawiony, choć może praktyczniej będzie zostawić obecny rozmiar sakw a ów "owsiak vel bieliźniak" zupełnie zarzucić.
  6. Z uzdą i kantarem, rzeczywiście było trochę kłopotu, zwłaszcza w wypadkach alarmów, choć kantar mieliśmy stale na głowie końskiej (pod uzdą); jeżeli takowy ma być chowany do sakw - tem gorzej 1).

    1) Niejeden koń ułanowi ucieknie przy zmianie jednego ogłowia na drugie, zwłaszcza w alarmie nocnym, wśród gwizdu pocisków obcych, huku strzałów własnych i blasku rakiet.


    Dalej, mieliśmy munsztuk, ale mało komu nie zginął łańcuszek od niego, czyli munsztuk stał się poprostu ciężkim kawałkiem żelastwa, "ni w pięć ni w jedenaście" wiszącego koniowi w pysku.
    Gdybym jeszcze kiedy miał być na wojnie, cieszyłbym się z posiadania mocnego kantara (np. typu używanego w folwarkach dla koni fornalskich) z przypinanem grubem wędzidłem (typu amerykańskiego, sportowego), należałoby tylko postarać się o dokładne unieruchomienie werblików, aby wędzidło nie wylatywało z pyska. Celem łatwiejszego powodowania koniem, a szczególnie, ułatwienia oddawania koni koniowodom i odbierania od nich, zostawiłbym natomiast dwie pary wodzów (jedna para byłaby zostawiana na koniu, jak munsztukowe); pozatem zmniejszyłoby to ryzyko pozostania bez wodzów w razie wypadku (np. rozerwanie wodzów przez wyrwanie się konia z ręki koniowodnego i t. p.). Z tej przyczyny, t. j. obawy pozostawienia jeźdźca bez wodzów w razie wypadku, nie uważałbym za wskazane danie szerokich, mocnych wodzów pojedynczych, typu sportowego, które dla powodowania koniem w warunkach jazdy szeregowego na wojnie byłyby, przypuszczam, zupełnie wystarczające.
  7. Nie zdarzyło mi się w służbie, w warunkach wojennych, żeby mi się uwiąz urwał. Chyba więc obecne uwięzy są robione ze złego lub źle przygotowanego surowca. Co do zacieśniania się węzła na uwięzie, to wystarczy tylko nauczyć żołnierza robić odpowiedni węzeł, który koń automatycznie zaciska szarpięciami głowy a człowiek rozwiązuje jednem pociągnięciem, wtedy nie zajdzie potrzeba, jeżeli tylko uwiąz silnie nie zamókł, używania noża (patrz rys. l i 2). Oczywiście, że na wojnie nikt nie będzie woził dwóch uwięzów, ale tylko, powtarzam, tylko rzemienny. Łańcuch jest w warunkach wojennych nie do naprawy w razie przerwania tylko jednego ogniwa, karabińczyk się łatwo psuje (sprężyna), całość jest ciężka, świecąca i brzęcząca 1).

    1) Nie zawsze (alarm!) ułan zdąży łańcuch schować do sakwy!


    Rys.1-2

  8. Na wojnie nie woziliśmy nigdy nietylko podków, ale nawet i podkowiaków. Pytam, na co te "materklasy" ułanowi, który i tak nie umie i nie może konia podkuć! Od wożenia podków i podkowiaków jest kowal szwadronowy na wozie taborowym!
  9. Koc ludzki, rzeczywiście, też zgoła zbyteczny.
  10. Owsa woziłbym chętnie więcej jak 2 kg., lecz podczas wojny nie miałem sposobności grasować w kraju tak "owsem i mlekiem płynącym", któryby mi na to pozwolił. Niechże więc zostanie owe skromne 2 kg., proponowane przez porucznika Kowalewskiego.
  11. Na wojnie, szelek podtrzymujących pas główny coprawda nie fasowaliśmy, lecz sporządzaliśmy je sobie sami. "Dobrze ściągnięty pas główny", na defiladzie, z pustemi ładownicami, już sprawia przykrość do wytrzymania. Pas obciążony kilkudziesięcioma nabojami, często łopatką, którą w pośpiechu niesposób prawidłowo zapiąć, kaczką lub kurą (dosiadanie koni w warunkach bojowych), ani rusz nie chce siedzieć w regulaminowem miejscu! Ponadto, stale ściągnięty pas powoduje gromadzenie się wszy pod nim, na koszuli. Dalej, ułan, w warunkach wojennych, zmuszony jest najczęściej w pasie załatwiać wszystkie swe organiczne potrzeby: kiedy po całodniowym poście, dorwie się do jedzenia, pęcznieje jak wąż, pas nieznośnie go uciska - jakże mu błogo jest, gdy może go luźno opuścić na szelkach! Przykładów takich możnaby przytoczyć więcej - zostawiam je domyślności czytelników.
  12. Dwie rzeczy kawalerzysta musi mieć na sobie: kbk. i łopatkę. Rozkaz "Do walki pieszej z koni"! w warunkach bojowych, zostawia często tylko tyle czasu ile go potrzeba do oddania wodzów koniowodnemu i zeskoczenia z konia!
  13. Kawalerzysta często, po spieszeniu, po kilkadziesiąt godzin nie widzi swego konia. Dlatego chlebak zawieszony u pasa jest mu niezbędny 1).

    1) Na chleb, amunicję, granaty ręczne.


  14. Siatki do siana nie woziliśmy na wojnie. Siana lub trawy było wszędzie dosyć.
  15. Wiadro brezentowe - to eksponat do "Arki Noego". Koń, aby tylko miał popręgi popuszczone, z łatwością pije wprost ze strumienia lub jeziora; we wsiach są koryta i wiadra drewniane lub blaszane - nikt nie będzie wtedy używał brezentowego poto, żeby namokniętym gratem zalać sobie sakwę, a w każdym razie przyspożyć koniowi ciężaru. Pozatem, wiadro brezentowe łatwo się psuje (pęka na składach, wskutek słońca), jeżeli wożone jest na wierzchu (wożenie w sakwie jest w praktyce niemożliwe, ponieważ wszystko by w niej od niego zamokło). W dodatku, używanie wiadra brezentowego, nawet troczonego z wierzchu, zwiększyłoby znacznie ciężar oporządzenia, gdyż wiadro byłoby prawie stale mokre, więc ciężkie 2).

    2) Żołnierz niema sposobności ani czasu wiadro to godzinami suszyć, nawet przy suchej pogodzie - a w razie deszczu lub mgły?!


Nie mogę się powstrzymać od jeszcze jednej uwagi o obecnym wzorze siodła polskiego: widziałem kiedyś podczas ćwiczeń rezerwy, jak ułani jechali nocą (stępem i kłusem), na siodłach z dyndającemi się popręgami. Ku mojemu zdumieniu, ani nazajutrz ani dni następnych nie było w całym pułku konia nabitego. Gdyby to samo działo się z siodłami austrjackiemi, jakie mieliśmy na wojnie, większość koni poszłaby do lazaretu. Zatem obecne siodło polskie jest dobre. Wyrażam więc nieśmiałe pragnienie, aby siodło to zostawić takie jak jest (po usunięciu jedynie odrobiny ponawieszanych nań "materklasów"), pomnąc na francuskie przysłowie, że "lepsze jest wrogiem dobrego".

mój przypis (MC) Zobacz również artykuł mjr. Michała Antoniewicza "O polski rząd kawaleryjski" 1937/9 (143) poz.6



Powrót do spisu treści rocznika Powrót