skanowanie: 'ŻURAWIEJKI' Michał Choczaj http://www.zurawiejki.horsesport.pl/

1934/5 (103) poz.4

PPOR. REZ. INŻ. STANISŁAW SZCZAWIŃSKI.

O STRZELANIU Z KONIA.

W ODPOWIEDZI NA APEL MJR. DYPL. ALBINA PIOTRA HABINY 1).

1) "Przegląd Kawaleryjski" Nr. 3 (101) z marca 1934 r.


Z konia strzelałem na wojnie dwa razy: raz, w czerwcu 1920 r., jako szpica patrolu oficerskiego w sile plutonu, wysłanego wieczorem za nieprzyjacielem rozbitym za dnia. Jechało nas w szpicy dwóch. Na stanowisko przeciwnika, zasiadłego wpoprzek drogi, najechaliśmy już o zupełnym zmroku, zauważywszy go z odległości zaledwie przypuszczalnie około 40-u kroków. "Stwierdzenie tożsamości" nastąpiło z pomocą rozmowy prowadzonej w języku nieprzyjaciela, który odpowiadał i nie strzelał. Po wymienieniu kilku zdań ustawiliśmy konie ,,w prawowskos" i strzeliliśmy pierwsi z karabinków położonych na karkach końskich "wlewoskos", bez użycia przyrządów celowniczych, co zresztą było uniemożliwione ciemnością. Mieliśmy czas, gdyż jak zaznaczyłem, nieprzyjaciel nie strzelał, a nawet pozwolił nam odjechać ze trzydzieści kroków wtył, poczem dopiero zajęliśmy postawę do strzelania. Pomimo tego, strzały nasze były skierowane bezmyślnie, bo z broni trzymanej poziomo, a więc nieszkodliwie dla przeciwnika leżącego o kilkadziesiąt kroków przed nami. Posiadając więc dość odwagi, żeby nieprzyjaciela zaczepić, nie mieliśmy dość zastanowienia, aby strzałom naszym dać choć minimalne szanse skuteczności; działaliśmy odruchowo i działaliśmy jednocześnie nielogicznie. Choć nie należy to może ściśle do zakresu pytań postawionych przez majora dypl. Habinę, myślę że nie będzie bez interesu, podanie zachowania się wroga: na naszą prowokację zareagował momentalnie ogniem ciągłym dwóch c. k. m. i gwałtowną palbą z kb. Ani my, t. j. szpica, ani rozciągnięty za nami na drodze patrol, liczący kilkunastu ludzi, nie poniósł najmniejszego szwanku, pomimo kilkudziesięciosekundowego cwału po otwartem, płaskiem przedpolu, tyłem do npla. Npl. postąpił podobnie do nas: puścił kilkaset pocisków górą zamiast strzelać, że tak się wyrażę "w ziemię" przed siebie; w tym wypadku byłaby duża możliwość poranienia koni bezpośrednio lub rekoszetem.

Drugi raz strzelałem z konia w roku 1921. Dowodziłem patrolem. Podwładni moi składali się z trzech ochotników niepełnoletnich, w tem dwóch uczniów gimnazjalnych. Strzelaliśmy krótko po świcie, z drogi we wsi, do karczmy oddalonej o stokilkadziesiąt kroków, w której to karczmie według mformacyj ludności cywilnej, miał załogować nieprzyjaciel, w sile około 40-u ludzi. Strzelaliśmy kolejno, wyjeżdżając zza węgła chałupy na drogę; jeden strzelał, drugi nabijał kbk, trzeci ubezpieczał. Mimo zupełnego niemal bezpieczeństwa, gdyż wiedziałem że nieprzyjaciel jest pieszo, że się nas nie spodziewa i śpi, niedbale lub wcale nieubezpieczony, oraz mimo braku pośpiechu, nie przypominam sobie, abym strzelając widział przed okiem coś w rodzaju szczerbiny i muszki. Przypuszczam, że moi podkomendni strzelali jeszcze więcej naoślep, pomimo napozór spokojnego celowania. Po pierwszym strzale przeciwnika zawróciliśmy.

Oto moje przeżycia ze strzelania z konia.

Jeżeli moje zachowanie się nie odbiega od zachowania się w podobnych wypadkach większości żołnierzy, a myślę, że tak jest, to jakiż z tego wniosek? Wniosek jest ten, że w starciu kawaleryjskiem na patrolu czy w innej podobnej okoliczności, żołnierz nie używa przyrządów celowniczych, lecz strzela poprostu "w kierunku", zapominając o takich wynalazkach, jak szczerbina i muszka. Przypuszczać należy, że braki te wynikały z powodu braku odpowiedniego szkolenia, które jakkolwiek ich w całości nie usunie, jednak je znacznie złagodzi. Szkolenie w strzale podchwytowym, szkolenie w strzelaniu z konia, jest mojem zdaniem bodaj ważniejszem dla kawalerzysty od szkolenia w strzelaniu do tarczy, przyspasabiającego raczej do warunków wojny okopowej. Jeżeli jednak chodzi o możliwości strzelania z konia, a w dodatku z konia galopującego, to uważam, że przewidywania majora Habiny są o wiele za bardzo optymistyczne. Nie założyłbym się o pięć groszy, czy trafiłbym za pierwszym razem z pociągu lub samochodu jadącego najlepszą szosą, do jeźdźca pędzącego o 50 m. za mną. Jeżeli teraz zrobimy poprawkę, uwzględniającą te wstrząsy, jakie powoduje galopujący koń i to galopujący nie po równej drodze, ale w terenie (bo przecież w takich okolicznościach najczęściej zajdzie potrzeba strzelania z konia), jeżeli następnie uwzględnimy to, że jeździec conajmniej jedną dobę nie spał, a kilka dni się nie rozbierał, tak jak to się dzieje na wojnie przed spotkaniem z nieprzyjacielem, jeżeli uwzględnimy dalej, że jeździec, któremu i tak dwoi się wszystko w oczach z przemęczenia i niewyspania, będąc sam, lub w nielicznem towarzystwie, zdała od własnego oddziału i w nieznanej okolicy, zmuszonym jest zwracać uwagę nietylko na ścigającego wroga, którego widzi, ale musi jednocześnie pilnować się od npla niewidocznego dotąd, a możliwego, wtedy przyjdziemy do przekonania, że dla ściganego ułana strzał do goniącego jeźdźca na odległość 50 m. wcale nie jest pewny, odległość wcale nie jest mała, a cel wcale nie tak olbrzymi.

Na zasadzie moich skromnych przeżyć wojennych, o wiele mniej drastycznych od przykładowo podanych przez majora dypl. Habinę, twierdzę, że kawalerzysta ścigany przez trzech jeźdźców nplskich, z których jeden jest już od niego o 50 m., nigdy nie osadzi konia celem skośnego ustawienia się do npla i złożenia się do niego; po pierwsze dlatego, że nie wstrzyma konia czującego za sobą galop trzech goniących koni, po drugie dlatego, że (przypuśćmy teoretycznie, że koń się da zatrzymać), koń ten nie stanie ani na moment tak spokojnie, aby pozwolił strzelcowi znaleźć muszkę w szczerbinie i tem wszystkiem nakryć goniącego npla, po trzecie, że gdyby nawet tak się stało, to w najkorzystniejszym wypadku kilka sekund, podczas których goniący wjedzie naszemu ułanowi dosłownie "na pysk", a pozostali dwaj prześladowcy zyskają po kilkadziesiąt metrów zbliżenia, po czwarte dlatego, że nasz ułan wszystko to czuje instynktownie, jak również doskonale odczuwa instynktownie, że w momencie jego złożenia się (nawet gdyby do tego doszło), npl również instynktownie uchyli się na koniu lub uskoczy wbok, natomiast jeszcze raz instytuktownie lub z własnego doświadczenia wie, że lufa kbk npla galopującego za nim, jest niemal zupełnie niewinną, dopóki tenże npl nie przybliży tej lufy na kilka metrów od celu, a wtedy nasz ścigany zając stanie się wilkiem, mając prawie równe szansę trafienia jak jego przeciwnik, przez nagłe odwrócenie się na galopującym koniu i wygarnięcie "w kierunku", bez przyrządów celówniczych.

Co zaś dotyczy dalszych, jak je nazywa major dypl. Habina, "manewrów ogniowych", ściganego ułana, to nie przypuszczam, żeby znalazł się kiedykolwiek człowiek tak kamiennie opanowany, któryby po pierwszym chybionym strzale próbował drugiego, bynajmniej jeszcze nie pewnego, jak twierdzi Autor artykułu; coś mi się zdaje, że w takim wypadku każdy kawalerzysta wbije koniowi ostrogi w żebra i pomknie na łeb - na szyję, chowając nabój na tę chwilę, kiedy poczuje oddech konia prześladowcy za sobą. A nawet, gdybyśmy założyli teoretycznie, że taki heros rzeczywiście się znalazł, proszę mi pokazać konia, to zwierzę o przeczulonych nerwach i wysubtelnionym instynkcie, któryby w takiej dramatycznej, śmiertelnej gonitwie, dał się błyskawicznie osadzać, obracać na zadzie pod kątem prostym, wstrzymać na chwilę gigantyczną pracę płuc i serca dla dania jeźdźcowi możności wycelowania i znów zrywać się do zawrotnego cwału.

A więc uczmy naszych ułanów strzelać z koni, ale uczmy ich strzelać w warunkach zbliżonych do bojowych, a więc na odległości nie dalsze jak na kilkanaście metrów. Szkolenie na odległości większe uważałbym za marnowanie amunicji, gdyż hukiem nie odstraszy się ścigającego npla (zwłaszcza, o ile ten jest w przewadze liczebnej), a trafienie z cwałującego konia w jeźdźca odległego dalej, jak na kilkanaście metrów, wydaje mi się wykluczone, przynajmniej w warunkach bojowych.

Podany przez Autora przykład kozaków (choć nie przypuszczam, żeby nawet oni umieli wykonywać zalecane przez majora dypl. Habinę "manewry ogniowe"), nie wydaje mi się przekonywujący. Kozacy mają za sobą tradycję jeździecką i strzelecką wielu pokoleń, kozak wprost z kołyski przenosi się na konia, osiągając przez to niespotykane prawie u innych ludów zżycie się z koniem, wkraczające w dziedzinę popisów cyrkowych. Nie mając bynajmniej zamiaru uwłaczać naszym ułanom, odbywającym kilkunastomiesięczną służbę wojskową, porównywanie ich do kozaków ćwiczących się w rzemiośle kawaleryjskiem od kolebki do trumny, uważałbym za nieco ryzykowne.

Również podany przez autora przykład bitwy pod Żurominkiem, uważałbym dopiero wtedy za przekonywujący, gdyby można było stwierdzić: 1) z jakich odległości strzelano do siebie z koni, 2) ile było strzałów skutecznych. Oprócz tego, jak zaznacza sam autor, starcie odbyło się po szarży na przestrzeni dwóch kilometrów, a więc na koniach nie posiadających już rozpędu koniecznego do użycia broni białej, a naodwrót, ułatwiających przez to skuteczniejsze użycie broni palnej.

Czem jest strzelanie z koni na odległości dalsze i jak ono jest skuteczne, mamy najlepszy przykład w dawnym "caracolu": zwarte, stojące w miejscu szeregi jeźdźców (siedzących w dodatku na dość ociężałych spokojnych koniach) grzmiące bez przerwy karnym, zorganizowanym ogniem, rozbijane przez wielokrotnie słabsze oddziały uzbrojone w kawał stalowej blachy w garści, ale dowodzone przez Kmiciców i Wołodyjowskich. A przecież najnowocześniejsza broń na odległości kilkudziesięciometrowe, nie różni się w swej skuteczności tak wiele od dawnych skałkowych krócic i muszkietów.

Wszystko to bynajmniej nie obala konieczności szkolenia ułanów w strzelaniu z konia; o ile ułan niewyszkolony nie trafi z galopującego konia nigdy (za wyjątkiem "fuksów"), o tyle ułan wyszkolony, w sprzyjających okolicznościach i z najbliższej odległości, to jest tej, poza którą zaczyna się już granica zasięgu lancy i szabli, może trafić, a już sama świadomość tej możności uczyni go śmielszym i spokojniejszym w swej ciężkiej, ryzykownej i odpowiedzialnej pracy bojowej.



mój przypis (MC) Warto też porównać koncepcję użycia z konia granatów, przedstawioną w artykule ppor. Jerzego Fabrycego "PLUTON POD MIKROSKOPEM" 1938/3 (149) poz.6



Powrót do spisu treści rocznika Powrót