Pierwsze spotkanie konnych łuczników,
Witówko 25-27 czerwca 2004

Zdjęcia w tekście Andrzeja Abratowskiego, Kaczora i moje.
Kliknij na miniatury żeby zobaczyć powiekszenie.


fot.AA

Specjalne podziękowania należą się koniom, które cierpliwie znosiły nasze głupie pomysły.
Dużo marchewek zwłaszcza dla: Huzara, Hany, Liry i Iskry.
Dziękuję także ich właścicielowi a naszemu gospodarzowi, Krzysiowi Kornackiemu.
Dla niego szczególnie wielka marchewka...

Miło mi donieść, że impreza udała się całkiem dobrze :-)
Czas mijał tak miło (i szybko), że wszyscy zgodnie stwierdzili, iż było trochę za krótko... Uczestnicy przyjechali w piątek wieczorem / w sobotę rano i zanim zabawa w pełni się rozkręciła, pół soboty uciekło.
Największe moje obawy były związane z pogodą i cały poprzedni tydzień niespokojnie wyglądałem za okno a tam - przeważnie padało. Na szczęcie weekend okazał się słoneczny.

W sumie było nas 14 strzelających osób, jeśli jako 'honorowego' łucznika policzyć dwumiesięcznego synka jednego z kolegów. Przyjechał co prawda JESZCZE bez własnego łuku, ale woził nam w wózku strzały a w 'ścieżce łuczniczej' uczestniczył wspólnie z rodzicami. To się nazywa 'strzelanie rodzinne'...

fot.MC fot.AA

Najmłodsza pełnoprawna uczestniczka, z własnym bambusowym łukiem miała sześć lat a najstarszy kolega jest ehem... pełnoletni już od jakiegoś czasu. Nie będziemy mu wypominać.

fot.AA

Liczyłem na parę osób więcej, niestety w ostatniej chwili musieli się wycofać - ale i tak gromadka była spora. Prawie wszyscy uczestnicy przyjechali z okolic Warszawy, godnie był też reprezentowany Kraków i Białowieża.
Reprezentowane były najrozmaitsze style strzelania i sprzęt - od długich łuków drewnianych, przez rozmaite refleksyjne naciągane klasycznie lub z użyciem zekiera aż do nowoczesnego łuku bloczkowego z celownikiem i 'spustem'.

fot.MC

Strzelanie z konia:

fot.AA fot.AA fot.AA

Umiejących jeździć było kilka osób, dla tych były jazdy w teren i strzelanie z konia. Konie naszego gospodarza Krzysia Kornackiego są dobrze przygotowane do strzelania, na strzał nawet uchem nie ruszą i co by się na ich grzbiecie nie działo utrzymują równe tempo.
Ćwiczyliśmy strzelanie w najrozmaitszych sytuacjach, w stępie, kłusie i galopie, w kulbace i na oklep. Jak to na koniu, dystans i kierunek strzelania się zmieniał, od strzałów z najbliższej odległości do 20-25m, w rozmaitych kierunkach łącznie ze strzelaniem w tył i najmniej wygodnym - w prawo od szyi konia.

fot.AA

Pozostali, nie umiejący jeździć w ogóle, mieli okazję pokręcić się na lonży stępem i kłusem oraz spróbować strzelania do celu umieszczonego na zewnątrz kółka.
Poza samym strzelaniem, można było także poznać całkiem podstawowe zasady powodowania koniem kierując prawie całkiem samodzielnie - tylko z ubezpieczeniem w postaci luźnego uwiązu trzymanego przez instruktora.

fot.AA fot.AA

Dla bardziej doświadczonych jeźdźców atrakcją były wyjazdy w teren - a pięknych terenów w sąsiedztwie leśniczówki nie brakuje!

fot.AA
w teren!

I pieszo:

Z dyscyplin 'naziemnych' było strzelanie do zwykłych tarcz na rozmaite odległości, do tarczy ruchomej, jeżdżącej po linie, do wahadła oraz do celu 'latającego', czyli strzałami flu-flu do tarczy podrzucanej w górę. Kiedy ramiona się męczyły, robiliśmy przerwę na pogadanie a potem - znowu łapaliśmy za łuki. Korzystając z rozległych padoków, strzelaliśmy też nawiją na dalekie dystanse, powyżej 100m.
Nikt tego nie liczył, ale myślę, że każdy z nas wystrzelił tego dnia kilkaset strzał.

Wieczorem było ognisko.
Impreza ze śpiewami (eh, żurawiejki, żurawiejki... :-)) śmiechami i dyskusjami skończyła się dobrze po północy. Podczas gdy większość ekipy poszła po ognisku spać, najbardziej uparte jednostki kontynuowały nocne Polaków rozmowy. Na przykład ja z Norbertem zaczęliśmy oglądać i analizować nagrane tego dnia przejazdy w zwolnionym tempie (patataj - faza lotu - patataj - o! poszła za wcześnie) i nie wiem dokładnie kiedy poszliśmy spać, ale zaczynało już świtać...
Rano, (no, nie tak całkiem rano, ale do południa jeszcze sporo brakowało) kiedy towarzystwo po jednej czy dwóch kawach zaczęło znowu funkcjonować, odbywały się najrozmaitsze strzelania, podobnie jak w sobotę. Póżnym popołudniem zaś pojechaliśmy w las przebyć...

...ścieżkę łuczniczą:

Cała ścieżka liczyła sobie mniej więcej pół kilometra długości i wiodła przez las, w lekko pofałdowanym terenie, wzdłuż fragmentu wielkiego, ciągnącego się przez dziesiątki kilometrów rowu przeciwczołgowego z czasów IIWŚ. Zbocza kilkumetrowej głębokości wykopu, jak i otaczające go wały z wyrzuconej ziemi, można było wykorzystywać jako strzałochwyty - ustawiliśmy w sumie osiem stanowisk.

fot.MC Numer 1: trzy strzały, cel 3D stojąca sarna, odległość około 30m; wyprodukowany własnoręcznie z worka wypchanego pakułami, opartego na czterech kołkach oraz wyciętej z kartonu szyi i głowy; elegancko pomalowany całkiem fajnie się prezentował stojąc w lesie :-)

fot.MC Numer 2: trzy strzały, trzy dziki przebiegające drogę, tarcze kartonowe formatu A3 ze zmniejszonymi sylwetkami, odległość około 15m i przeszkadzające w celowaniu gałęzie.

Numer 3: okrągła tarcza, tylko jeden strzał, więc brak możliwości korekty celowania, odległość około 20m, wąski 'korytarz' między drzewami.

Numer 4: dwie strzały, snopek słomiany umieszczony w połowie wysokości przeciwległej skarpy rowu przeciwczołgowego, odległość około 10m, strzał pod kątem w dół.

Numer 5: maksymalnie cztery strzały, do pierwszego trafienia; wahadło uruchamiane potykaczem. Odległość około 25m, strzelający szli w stronę słupka z oznaczeniem stanowiska, wahadło pojawiało się niespodziewanie z lewej strony.

fot.MC Numer 6: dwie strzały, przy przechodzeniu na drugą stronę rowu snopek słomiany umieszczony również w rowie, około 15m dalej. Strzał z dość niewygodnej pozycji na stromym wejściu.

Numer 7: cztery strzały, cztery jelenie w otwartym terenie - na zrębie. Tarcze kartonowe ze zmniejszonymi sylwetkami w różnych odległościach, od 60 do około 80m. Ze względu na małe wymiary sylwetek było to raczej strzelanie 'kto bliżej tarczy'.

Numer 8: cztery strzały, trzy dziki na przeciwległym zboczu płytkiej dolinki. Tarcze kartonowe ze zmniejszonymi sylwetkami, odległość jakieś 50m, strzał nieco w dół.

Ponieważ impreza była nieformalna a sprzęt zupełnie nieporównywalny (od długiego łuku drewnianego do bloczkowego 'compounda'), więc nikt oficjalnej punktacji nie notował.
Nie obyło się bez pewnych potknięć organizacyjnych, niektóre wybrane przez nas strzałochwyty były ustawione pod zbyt płaskim kątem i część strzał (uczestnicy mieli łuki o najrozmaitszej sile) wchodziło płasko pod poszycie. Szukanie zajmowało sporo czasu, a kilka strzał znajdą dopiero przyszłe pokolenia archeologów...
Nie doceniliśmy również czasu, potrzebnego na przejście ścieżki przez całą grupę i skończyliśmy dopiero około wpół do siódmej. Uczestnicy mieli spory kawałek do domu a musieli się jeszcze spakować przed wyjazdem, więc pożegnania odbywały się w niejakim pośpiechu.

fot.AA

Strat w koniach ani ludziach nie było. Jako organizator wypowiadam się być może nieobiektywnie, ale uczestnicy wyglądali mi na zadowolonych i większość odgrażała się: 'my tu jeszcze wrócimy' ;-)
Kolejne imprezy koniecznie muszą być nieco dłuższe :-) przynajmniej trzy-czterodniowe, aby można było bez pośpiechu zrealizować wszystkie punkty programu, a przede wszystkim jak najwięcej postrzelać z konia - pomysłów na dobrą zabawę na pewno nam starczy!

Więcej zdjęć ze spotkania Więcej zdjęć ze spotkania



powrót do strony głównej powrót do strony głównej.

Zobacz relację z 2005 zobacz relację z II spotkania 2005