Kolejne spotkanie odbędzie się 7-10 czerwca 2012.
SPOTKANIA ŁUCZNIKÓW KONNYCH
W WITÓWKU KOŁO SZCZYTNA
"Żurawiejki" są dorocznym, odbywającym się od 2004 roku spotkaniem osób zainteresowanych łucznictwem konnym. Jest to impreza otwarta dla wszystkich chętnych, niezależnie od ich stopnia zaawansowania w jeździectwie czy łucznictwie. Jej celem jest poznanie się osób uprawiających czy chcących uprawiać tę trudną, ale piękną sztukę, wspólna dobra zabawa oraz wymiana doświadczeń.
Spotkanie organizujemy co roku, w czerwcu lub pod koniec maja - czyli w okresie, kiedy liczyć już można na ciepłą pogodę a jeszcze przed wakacjami - i trwa ono cztery dni, od czwartku do niedzieli.
NASTĘPNE SPOTKANIE 7-10 CZERWCA 2012 (czwartek 7 czerwca jest dniem wolnym od pracy!)
Rzecz dzieje się na terenie leśniczówki mojego przyjaciela Krzysia Kornackiego, na Mazurach, w Witówku koło Szczytna (patrz MIEJSCE i DOJAZD).
Najważniejszym elementem takiej imprezy są oczywiście dobre konie - a zarówno konie Krzysia jak i nasze, które przywozimy ze sobą są odpowiednio wyszkolone do pracy pod łucznikiem. Jeśli dodać do dobrego towarzystwa i dobrych koni przepiękne tereny rozciągające się dookoła to czego jeszcze może pragnąć dusza konnego łucznika?!

Obecnie na spotkanie przyjeżdża między 30 a 40 osób (w tym coraz częściej goście zagraniczni), z czego 15-20 bierze udział w zajęciach konnych i ta ostatnia liczba - co mnie bardzo cieszy - systematycznie rośnie.
Do tej pory mieliśmy już uczestników z Anglii, Finlandii, Hiszpanii, Mongolii, Niemiec i Turcji.
Jest to największe zgromadzenie łuczników konnych na tym terenie od jesieni 1656.r, kiedy to Subchan Gazi aga na czele dwóch tysięcy tatarów budziackich plądrował i palił okoliczne wioski: Warchały, Narty, Jedwabno i wiele innych (a Witówka nie spalił wyłącznie dlatego, że założone zostało 45 lat później)
Trochę więcej o bitwie pod Prostkami i historii polsko-tatarskiego rajdu na Prusy Wschodnie
Ponieważ nasze siły są jeszcze zbyt słabe do urządzenia porządnego najazdu (hmmm... chyba, żeby na razie ograniczyć się do samego palenia...), więc typowy rozkład dnia wygląda w ten sposób, że rano na wpół jeszcze śpiąc karmimy konie. Po naszym własnym śniadaniu i dużej ilości kawy, w stanie bardziej nadającym się do użytku zabieramy się do czyszczenia i siodłania wierzchowców, po czym odbywa się pierwsza tura zajęć na koniach.
Obejmują one najrozmaitsze stopnie trudności, w zależności od stopnia zaawansowania uczestników - od nauki na lonży, poprzez strzelanie do celów rozstawionych na padoku po łucznicze wyprawy w teren czy pokazy specjalne.
Jednocześnie te osoby, które nie wsiadają na konie mają do dyspozycji strzelnicę pieszą i mnóstwo miejsca do strzelań innych niż tarczowe - od stump shooting do golfa łuczniczego.
Środek dnia zajmuje zwykle wypraw nad jezioro na kąpiel i strzelanie w lesie (jak dotychczas mieliśmy ogromne szczęście do pięknej, wręcz upalnej pogody).
Po powrocie odbywa się druga tura jazd a wieczorem ognisko i strzelania nocne, z użyciem stanowiących nasz patent strzał wyposażonych w "świetliki". Zabawa przeciąga się do późnych godzin nocnych (a w ekstremalnych wypadkach do wczesnych godzin porannych).
I następnego dnia wstać jeszcze trudniej...


Strzelania z konia odbywają się nie tylko na zamkniętej przestrzeni, na padoku, ale również podczas wyjazdów w teren. Oczywiście możliwość tę mają tylko dobrzy jeźdźcy; w lesie wszystko dzieje się szybciej, konie chętnie przyspieszają a warunki są mniej przewidywalne, czasami jakieś drzewo wyskoczy na drogę albo tygrys czai się w krzakach:-)
Zazwyczaj jedziemy w 3-4 konie, znajdujemy jakieś odpowiednie miejsce gdzie jedna osoba schodzi z konia i instaluje małą, lekką tarczę albo kilka tarcz, po czym najeżdżamy na nią z różnych kierunków i wystrzeliwujemy całą zawartość kołczanów. Następnie znowu ktoś złazi z konia, zbiera strzały, demontuje tarcze, i przenosimy się gdzieś dalej.
Niezastąpione w naszych łuczniczych eskapadach są liczne w okolicy rowy i okopy, pozostałości II Wojny Światowej. Szczególnie lubimy wielki, ciągnący się kilkadziesiąt kilometrów rów przeciwczołgowy, głęboki na około 3-4 metry i o stromych ścianach. Jadąc wzdłuż niego co i rusz trafia się na miejsca odpowiednie do umieszczenia tarczy. Dzięki temu nie trzeba ciągnąć ze sobą i mozolnie rozstawiać sztucznych strzałochwytów. Eskapady takie trwają po 1-1,5h.
Bardzo ciekawe są dłuższe rajdy łucznicze, kilkugodzinne czy nawet całodniowe, ale nie ma na nie czasu na "Żurawiejkach" - są i inne ciekawe zajęcia a nie możemy przemęczać koni, które i tak sporo się nabiegają podczas tych czterech dni.
Posiadamy profesjonalny sprzęt do prowadzenia imprez łuczniczych - od siatek do wyłapywania strzał, mat i tarcz czy celów 3D po chronograf do mierzenia prędkości wylotowej strzał.
Mamy również pewną ilość lekkich łuków (krótkich, wschodniego typu odpowiedniego do strzelania z konia), strzał, zekierów i kołczanów, które możemy udostępnić osobom początkującym, bez własnego sprzętu na zajęcia w siodle. Ilość sprzętu, jaki zabieramy na Żurawiejki zwiększa się z roku na rok.

Naszą dumą jest drewniany koń, specjalnie zbudowany do ćwiczeń łuczniczych i z oczywistych przyczyn nazywany Pinokiem. Od bohatera znanej bajki różni się tym, że to nie nos mu się wydłuża, jeśli jeździec łże o swoich łuczniczych przewagach...
Pinokio może się obracać i ma ruchomą głowę oraz szyję - prawdziwemu koniowi ustępuje właściwie tylko tym, że nie potrafi wierzgać i kopać - nad udoskonaleniem konstrukcji cały czas pracujemy.
Daje się łatwo rozkładać do transportu i jest bardzo ekonomiczny w utrzymaniu - zjada wyjątkowo mało owsa jak na konia tej wielkości.
Jest niezastąpiony w szkoleniu początkujących konnych łuczników, a i doświadczonym pozwala spokojnie doszlifować szczegóły nowych technik czy poprawić zawieszenie łubia czy kołczanu na pasie.
Warto na koniec wyjaśnić bliżej kwestię nazwy naszego spotkania. "Żurawiejki" to krótkie, dwuwierszowe piosenki kawaleryjskie, śpiewane kolejno, na tę samą melodię i z identycznym refrenem po każdej z nich. Zazwyczaj w sposób dowcipny (a często złośliwy) wspominają jakiś pułk czy szwadron kawalerii, konkretną osobę lub wydarzenie.
Nazwa ma pochodzić od żurawia, ptaka przelotnego, podobnie jak ulotne są nasze wspomnienia.
Zwyczaj śpiewania żurawiejek był bardzo popularny w naszej przedwojennej kawalerii i pozostał żywy do dnia dzisiejszego w różnych środowiskach polskich "koniarzy".
Jak więc widać, nazwa ta pierwotnie nie miała nic wspólnego z łucznictwem, ale jakoś stopniowo przylgnęła do Spotkania (które początkowo nazywało się mało oryginalnie, po prostu "spotkaniem").
Może dlatego, że przypadkiem tak nazywała się strona www, na której zamieszczałem informacje dla uczestników i relacje.
Może od uczestników śpiewających żurawiejki przy ognisku, długo w noc.
A może trochę od żurawi przechadzających się o świcie na padoku.
W każdym razie można powiedzieć, że teraz, po tych kilku latach "żurawiejki" stały się jednak określeniem w jakiś sposób związanym z łucznictwem konnym, znanym w Polsce i poza jej granicami (patrz dowód obok ;-)

Jeśli chcecie zgłosić chęć uczestnictwa lub macie jakiekolwiek uwagi czy pytania, proszę o KONTAKT.
Podziękowania dla Michała Sanczenki za pomoc w przygotowaniu wersji angielskiej;
rysunki © Norbert Kopczyński 2008
|