skanowanie: 'ŻURAWIEJKI' Michał Choczaj http://www.zurawiejki.horsesport.pl/

1937/11 (145) poz.6

Z PRZEŻYĆ BOJOWYCH...

MJR DYPL. FRANCISZEK SKIBIŃSKI

SZARŻA POD NIESTANICAMI 14.VIII 1920.

Opisałem poprzednio szarżę pod Niestanicami, 1) jako epizod taktyczny w ramach działania l. dywizji kawalerii.

Obecnie chcę opowiedzieć o przeżyciach w czasie tej samej szarży 20-letniego podporucznika i dowódcy l. plutonu l. szwadronu 14. p. ułanów Jazłowieckich, bo w tym charakterze miałem szczęście występować na Niestanickich polach.

1) "Przegląd Kawaleryjski". Nr 7 (141) 1937.


* * *


Zaczęło się od tego, że spałem kilka godzin w kopie zboża, na polu pod wsią, i obudziłem się przed świtem 14.VIII, wyspany, ale mokry od rosy i skostniały z zimna. Widziałem, jak część szwadronów pomaszerowała do wsi i po chwili i nasz l. szwadron przesunął się do wschodniej części Niestanicy, i tam stanął w kolumnie trójkami, czołem ku wschodowi. Naprzeciw nas, o paręset metrów, widać było za chałupami karę trójki czwartego szwadronu.

Wiedziałem, że pozostałe szwadrony obsadzają w pieszym szyku skraje wsi, i że w prawo od nas jest reszta dywizji.

Poza tym byłem ciemny, jak tabaka w rogu, i o położeniu wiedziałem mało co więcej, niż nic. To znaczy, że bez zmian, od trzech miesięcy tańczymy lansjera z Budiennym, krok naprzód, dwa w tył. Wczoraj była kolej na krok w tył. Co będzie dziś - zobaczymy, do wieczora mnóstwo czasu.

Na skraju wsi zaczęły stukać strzały. Z prawa, od Chołojowa, zabębnił ogień artyleryjski. Chwalić Boga - wszystko normalnie.

Humory po wilgotnej nocy poprawiły się znakomicie, bo słońce wylazło i przygrzewało, zdążyłem się ogolić, umyć, zjeść śniadanie i oczyścić buty. Konie napojone łapczywie wyżerały owies z karmiaków. Nie codziennie stoi się z wszelkimi wygodami w odwodzie, w środku wsi.

Godziny płynęły, strzelanina trwała, a myśmy siedzieli i nudzili się; słuchając pocisków melancholijnie pogwizdujących nad dachami zabawiałem się, jak mogłem, naciąganiem podchorążego Ossowskiego, któremu wyrósł brzydki czyrak w takim miejscu, że biedak nie mógł wygodnie usiąść.

Potym znów nakarmiliśmy konie, zjedliśmy jakąś okolicznościową kurę - i czekali, w myśl znanego obyczaju wojskowego.

I tak nudziliśmy się aż do chwili, kiedy na skraju wsi zrobiło się, sądząc po natężeniu ognia, znacznie cieplej.

Od czasu do czasu pojawiał się ranny idący na własnych nogach (druga połowa zdania nieczytelna). W powietrzu gwizdało coraz melodyjniej.

W pewnym momencie kazano podciągać popręgi i siadać na koń. Siedliśmy, posiedzieli - i mów zeszli z koni, a w międzyczasie pchor. Ossowski uzyskał okazję wyleczenia swego czyraka, bo mu jakaś złośliwa kula, poprzez krzaki i chałupy, przedziurawiła łydkę.

Tymczasem jednak poczuliśmy, ze zaczyna być już zupełnie ciepło, bo ogień od Chołojowa zaczął wyraźnie przetaczać się w naszą stronę, a pod Niestanicami grzmiało i trzaskało, jakby kto groch młócił. Miny zrobiły się poważniejsze i wszyscy stali się ogromnie rozmowni i dowcipni. Popręgów już nie popuszczano. Ułanów, którzy rozleźli się na romanse po chałupach, spędzono do koni.

Stało się dobrze. Bo oto w pewnej chwili zobaczyliśmy dowódcę pułku ś. p. majora Bardzińskiego, jak wybiegł z browningiem w ręku (O, źle! Pierwszy raz widziałem go z śmiercionośnym pistoletem po za obrębem pochwy!), jak biegł do czwartego szwadronu, wołając coś zdaleka.

Czwarty szwadron zaczął siadać na koń. Widziałem, jak major podbiegł do dowódcy szwadronu ppor. Godlewskiego, coś mu powiedział, po czym ppor. Godlewski charakterystycznym ruchem poprawił czapkę, dobył kubańskiej szabli. Za nim błysnęły w słońcu obnażane szable szwadronu. Serca zabiły w nas, jak młoty.

Nie patrzyłem już na czwarty szwadron, za którym został tylko kłąb kurzu, bo major Bardziński biegł ku nam, zdaleka pokazując ręką: "na koń." A przysiągłbym, że sygnalizował wyraźnie: "do cholery."

Już wiedzieliśmy, co będzie. Skoczyliśmy na konie. Spróbowałem, czy szabla lekko wychodził z pochwy. Nagan przekręciłem na brzuch.

Zebrałem i wyrównałem wodze, poprawiłem czapkę. Obejrzałem się na pluton - gęby były poważne, nikt nie puścił ani pary z ust.

Major podbiegł do nas, pokazał pistoletem drogę na Pawłów i krzyknął zdyszanym głosem: "Szarżować tą ulicą".

Szable bez komendy wyskoczyły na słońce.

Ś. p. "Bobuś" Borkowski - swoim głosem - jakby miał pełno klusek w ustach - zakomenderował: "kłusem maaarsz" i ruszyliśmy nawprost, skręcając natychmiast w lewo.

Z chwilą wjechania w ulicę pawłowską okazało się, co tam się działo na tym ich "froncie obrony". Powietrze gwizdało jednym wielkim przeciągiem, jak w tunelu aerodynamicznym.

I nagle - zerwała się jeszcze gwałtowniejsza strzelanina, w prawo od nas wybuchnęło krótkie "hurra" - i zamilkło. Ogień aż krztusił się.

Jeszcze w ulicy ruszyliśmy galopem. Nie takim, żeby za bardzo, ale zawsze galopem.

Wygalopowaliśmy więc tak, trójkami pomiędzy domami i opłotkami, do miejsca, gdzie droga wychodziła w szczere pole.

Zobaczyłem wówczas obrazek, od którego "zatknęło mnie".

Przed nami - czy ja wiem - na 200-300 kroków, pełniusieńkie pole piechoty, jedna, druga, trzecia fala, aż do Pawiowa i pod las.

Bractwo to nie leży, ale stoi albo klęczy i wali prosto w nas.

Kto z Panów nie wie, co to jest "trzask fali balistycznej."?

Jest to takie miłe uczucie natury akustycznej, jakby pijany stangret trzaskał z czworokonnego bata o centymetr od nosa słuchacza.

Takim właśnie głosikiem trzaskały w nas wyloty, nie wiem, ilu tam luf.

(Wszystko to dzieje się w jednym skoku galopa.)

W prawo od nas, i przed nami - pole usłane karymi końmi czwartego szwadronu. Edek Godlewski zgięty w pół, z siodłem na plecach, piechotą sypie do wsi.

Staś Kostkiewicz, a za jego plecami, na tym samym koniu, trzymający go w pół jakiś ułan, jadą stępem do wsi. Twarzyczki mają szarozielone, a kiwają się na koniu tak, że już, obaj lecą.

(Wszystko to w tym samym skoku galopa.)

A tuż przed nami: z za płotu okopany c. k. m. wygląda lufą na Pawłów.

W momencie kiedy Bobuś jest nad nim - jeszcze w ulicy, jeszcze po obu stronach płoty, celowniczy zaczyna kropić długą serię.

Tu zaczyna się dramat: pod Bobusiem Krukowa chabeta 1) staje jak wryta i zaczyna się cofać. Bobuś klnie i wali chabetę płazem po zadzie.

1) W tym miejscu zmuszony jestem koniecznie zrobić małe intermezzo. Otóż, pod "Bobusiem" Borkowskim, w poprzednich dniach, pod jakimś Kulikowem czy Radziechowem, ranili jego znakomitego pół krwi "Huzara". Nie chcąc odbierać dobrego konia dobremu ułanowi, wziął po zabitym ułanie Kruku nieopisaną chabetę, leniwą jak wół i nieujeżdżoną najkompletniej.

Skręcam w lewo i zaczynam mijać dowódcę szwadronu.

Tu zaczyna się następny skok galopa.

Jaki proces myślowy odbywa się w mózgu podporucznika, w ciągu dwóch skoków galopa: W skoku pierwszym - widok piechoty npla, załamana szarża czwartego szwadronu, fala balistyczna bijąca w bębenki i myśl:

"Ależ wmeldowaliśmy się tu w wesołą historię. Mowy nie ma, żeby stąd wyjechać na koniu, albo wyjść na własnych nogach. Zginę ja i pchły moje."

A w skoku następnym, kiedy trzeba mijać "zastopowanego" dowódcę - "...że przecież zaraz cały szwadron skłębi się tu, na ogonie krukowej szkapy i natłuką ludzi jak psów".

I decyzja: "Od tego jesteś oficerem, żebyś takie piwo wypijał."

Podniosłem szablę nad głową. Wlepiłem mojej anglo-donce "Bajce" straszliwe ostrogi, wrzasnąłem najdzikszym głosem "hurra" i pochylony w grzywę, rzuciłem się w cwał, jak w zimną wodę.

Z ulgą usłyszałem za plecami łoskot cwału stu koni i "hurra" ze stu gardeł.

"Bajka" przysiadła znagła na zadzie, znów dostała ostrogami i poszła, wyciągnięta nisko nad ziemią.

Potym coś zaszumiało śmiesznie w grzywie, koło lewej pięści z wodzami. Pomyślałem: "pszczoła" i w tej chwili wleciałem piersiami końskimi, na chłopa, który mi służył za tyczkę kierunkową, zbyt późno machnąwszy szablą.

Potym znów usłyszałem, że z tyłu i z lewa krzyczą hurra, i nagle zorientowałem się, że przecież nikt już nie strzela. Tu i tam pojedyncze strzały. To się nie liczy.

Niedaleko przede mną drzewa i budynki. Znikają w nich jakieś figury.

Znów zabrzęczała mi pszczoła koło lewej łydki.

Wziąłem konia na siebie. Rozejrzałem się. Dookoła - sielanka...

Ułani, rozrzuceni szeroko w pojedynkę ganiają po polu za piechurami, którzy rzucają karabiny i podnoszą ręce do góry...

Mnie dopędzają z tyłu mój brat i ułan Łoziński. Wołają coś do mnie.

Z Niestanicy idzie ładna, zwarta, gęsta linia harcowników. W prawo na horyzoncie, na góreczkach majaczą pojedyńczy kozaczkowie.

Podjeżdża brat z Łozińskim. Mówią: "Wracać. Szwadron zbiera się we wsi."

Wracać - to wracać, ale trzeba zebrać paru chłopa, bo te figury od Chołojowa, gotowe z kolei przejechać się po nas. Posyłam brata: "Ściągaj do mnie pluton."

Zawracam, ruszam kłusem - kobyła idzie jakoś krzywo i niemrawo.

Przed nami grupy jeźdźców ściągają się do wsi. Pędzą przed sobą jeńców.

Jakoś daleko zrobiło się do tej wsi.

Po drodze mijam jednego i drugiego nieboszczyka. Jeden ma łeb rozwalony szablą, tak że twarzy nie widać z pod krwi. Na drugim nie znać żadnych uszkodzeń. Zęby wyszczerzył i patrzy szklanymi oczyma. Na prawo też walają się po ziemi jakieś zielonkawe toboły. "Narżnęli" myślę sobie.

Wieś ciągle za daleko - a kozaczki podjeżdżają coraz bliżej. Wstyd mi zagalopować, choć Łoziński zezuje w stronę Chołojowa bardziej niż zwykle. Dla pewności chowani szablę do pochwy, wyciągam Nagan. Już wieś. U wylotu stoi taczanka. Wachmistrz Matasow kiwa ręką i krzyczy: "Na bok, panie poruczniku, będziemy strzelać."

Aha, po kozaczkach. Zjeżdżam posłusznie. Już jestem w opłotkach.

Wtedy podjeżdża z prawej strony plutonowy Wojtulewicz, mój zastępca. Przed sobą na przednim łęku wiezie ułana trzymając go z tyłu. Głowa dynda z lewej strony, nogi z prawej. Z ust kapie krew.

Okazuje się, że to wachmistrz szef szwadronu Pecner. Zabił go z pistoletu jakiś komisarz pod samym Pawłowem. Komisarza zarąbał Wojtulewicz.

Kazałem położyć trupa na taczankę, taczance odjeżdżać za mną i kłusuję przez wieś w stronę grobli.

Nad głową gwiżdżą nam wiązki k. m., ustawionych za groblą. Widzę pomarańczowe otoki. Znaczy - 8. pułk.

Już spokój - już po bitwie. Ale kobyła idzie coraz gorzej, ranna czy co - złażę z niej za groblą i oglądam.

Okazuje się, że ma przestrzeloną prawą tylną nogę nad stawem skokowym. Szyję u nasady na wylot. Brzuch z lewej strony, tuż za lewą łydką. Takie to były te pszczoły.

Indywidualnym bandażem zawiązuję Bajce nogę i wędruję piechotą, prowadząc kobyłę. Obok drogi spostrzegam dowódcę dywizji - pułkownika Rómmla, który woła do mnie i Wojtulewicza: "Dziękuję za szarżę."

Idę dalej i podniecony i dumny niesłychanie.

W lasku, przy drodze, przed Dobrotworem, dopędzam zbierający się tam szwadron. Melduję dowódcy szwadronu swoje dołączenie, o śmierci Pecnera i o ranach Bajki.

Jestem w takim nastroju, jakby mnie kto "na sto koni wsadził" więc i gadatliwy niepomiernie.

Jednak dowódca szwadronu wylewa mi natychmiast na głowę kubeł zimnej wody i mrozi mój zapał, ostrym "obsztorcowaniem" za to, że ośmieliłem się minąć go w szarży. "Wrzeszczeć i galopować przed siebie, to każdy potrafi. Ty się nie bój, już ja bym ruszył bez twojego wyrywania się, i szarżował bardziej w lewo, a ty wszystko popsułeś."

Bobuś Borkowski zginął w miesiąc później ułańską śmiercią, pod Kosmowem, nad Bugiem, w pościgu za Budiennym.

Nie miałem i nie mam do niego żalu, ale... zwracam się do Was, podporucznicy całej kawalerii polskiej: wejdźcie w moją skórę owego wieczoru...



Powrót do spisu treści rocznika Powrót