skanowanie: 'ŻURAWIEJKI' Michał Choczaj http://www.zurawiejki.horsesport.pl/

1937/2 (136) poz.5

RTM. WACŁAW TOTIEW.

CZY "LINKOWANIE" JEST POTRZEBNE?

Opierając się na doświadczeniu kilkuletniej pracy w ujeżdżaniu młodych, koni, w artykule niniejszym chcę wypowiedzieć swoje zapatrywanie na wywody majora Królikiewicza, umieszczone w "Przeglądzie Kaw." Nr 6/35 w sprawie "linkowania koni" 1).


1) Mjr Adam Królikiewicz - "Linkowanie konia zwyczajne i z zastosowaniem francuskiego przyrządu "chambon" "Przegl. Kaw." Nr 6 (116) 1935 r.


Co do szkodliwości "linkowania" w ujeżdżeniu konia całkowicie się z autorem zgadzam i twierdzę, że "linkowanie" nie tylko nie ma dodatniego wpływu na dalszą pracę w ujeżdżeniu konia, lecz wręcz przeciwnie - jest szkodliwe, gdyż rujnuje młody organizm bardzo poważnie przez zbyt ostre i wygórowane wymagania, stawiane koniowi przez linkę w tym jeszcze surowym okresie fizycznego rozwoju.

Sam proceder "linkowania" nie jest tak łatwy i prosty do wykonania, jak to na pozór wygląda.

Jest to praca bardzo subtelna, poważna i trudna, o ile się nie chce konia nadwyrężyć fizycznie i nerwowo. Nie wielu nawet oficerów potrafi należycie linkować konia, a cóż dopiero mówić o ułanach, którzy, zadawalniając się sztywnym i mocnym trzymaniem linki, nie zdają sobie sprawy z fizycznego wysiłku konia w tej pracy i ze szkodliwych skutków wadliwego "linkowania", które namacalnie nie są widoczne, lecz wychodzą w późniejszym okresie pracy. Są to: nadwyrężenie łopatek, częstokroć zrażenie i nadwyrężenie pyska, wskutek czego koń albo kładzie się na obie wodze, albo na jedną lub drugą stronę, albo też w ogóle nie chce iść na wodzach; następnie - usztywnienie szyi, kręgosłupa itd.

Odrobienie tych wad i błędów w późniejszym czasie wymaga wykwalifikowanych ujeżdżaczy, (których nie mamy wielu), i dużo mozolnej pracy i czasu. Czasami w ogóle błąd (wada) nie daje się już naprawić, koń zaczyna się nie podobać jeźdźcowi i instruktorowi i w końcu otrzymuje nazwę "wariata", "habety" itd. Kończy się na tym, że go się klasyfikuje na konia nie nadającego się w ogóle do jazdy pod wierzchem i często taki koń, o wybitnych cechach wierzchowca, idzie do taboru lub braku.

Autor w swoim artykule pisze: "szkodliwość tego ćwiczenia wzamian nic dobrego nie daje i należałoby je jak najprędzej usunąć z programu początkowej pracy w ujeżdżeniu konia".

Później jednak powraca i wspomina o linkowaniu jeszcze w tym okresie, kiedy konie chodzą już posłusznie we wszystkich trzech chodach; sądzę, że to jest również niepotrzebne i nie ma żadnego celu ani dla pracy, ani dla wyładowania (jak to autor określa) nadmiernej energii konia.

Zamiast pędzenia na lince, czy nie lepiej tę energię zużyć na naukę ujeżdżenia i pracy koni pod jeźdźcem, a czas, stracony na opędzanie koni na lince, poświęcić na należytą pielęgnację i zaprawę koni?

Jeżeli mówimy o szkodliwym działaniu linki, która ostatecznie może być zastosowana tylko do koni nadmiernie nieopanowanych i to tylko na początku pierwszego okresu, czy warto i można jeszcze powracać do linki, gdy konie już posłusznie chodzą na wodzach we wszystkich trzech chodach? Czy warto jeszcze nadal psuć koniom układ nerwowy i stan fizyczny szarpaniem linką i drażnieniem batem?

Wątpliwe jest, czy młode zwierzę, pracowano w ten sposób, nabierze zaufania do swego "pogromcy".

Według mego rozumowania, opędzanie i szarpanie go do środka koła przez linkę podczas, gdy jest wyrzucany siłą odśrodkową nazewnątrz, są to wymagania, które można stawiać staremu, zrównoważonemu koniowi. U młodego zaś konia, zamiast wyrobienia mięśni, posłuszeństwa i dobrego układu systemu nerwowego, nadwyręża się i zraża wszystko i to bardzo poważnie.

Rozumowanie autora, że koń, pracujący na lince, nie zyskuje na wyrobieniu mięśni dlatego, że ma zupełną swobodę pyska, głowy, szyi, kręgosłupa i zadu, uważam za nieścisłe, gdyż koń nie tylko że nie ma swobody na lince, lecz wręcz przeciwnie: wszystkie mięśnie ma naprężone i nastawione do przeciwstawienia i przeciwdziałania przedwczesnym, ciężkim wymaganiom, jakie stawiamy surowemu koniowi w pracy na lince. Robienie kół w galopie trudne jest w wykonaniu nawet dla starego konia.

Podpisując się pod wnioskiem autora, co do zarzucenia linki, nie zgadzam się natomiast z jego projektem oprowadzania konia remontu przy starym koniu, gdyż system jego w praktyce nie jest do przeprowadzenia i przyjęcia w oddziałach kawalerii przy masowym ujeżdżaniu koni.

Szkoda, że autor nie podaje konkretnych danych co do zastosowania tego sposobu ujeżdżenia w oddziałach.

Czy system ten w praktyce tak samo jest łatwy do przeprowadzania jak w teorii i czy moje uwagi co do nieżyciowości tej metody z wielu względów są słuszne?

Sądzę, że, będąc w "kolebce jazdy" C. W. Kaw., miał autor możność gruntownego przemyślenia i opracowania praktycznego w szerszym zakresie proponowanego systemu. Chętnie więc wykorzystałoby się kilka konkretnych i logicznych wskazówek co do pracy z młodymi końmi. Wydaje mi się jednak, że miał on na myśli ujeżdżenie jednego lub paru koni, nie masowe ujeżdżanie remontów, bo w przeciwnym razie zgodziłby się z nieżyciowością swojej propozycji.

Powstaje pytanie: czy oprowadzanie młodego konia przy starym koniu odbywa się bez jeźdźca czy też ktoś na młodym koniu siedzi? Czy młody remont już się nauczył chodzić obok koniowoda i jaką drogą do tego się doszło? Nawet stare konie nie bardzo chętnie chodzą obok koniowodów, a cóż dopiero mówić o młodym koniu remontowym, który się wszystkiego boi i rzuca się w bok na widok każdego nowego, nawet najmniejszego przedmiotu terenowego lub też poprostu z nadmiaru energii. A jak się przedstawia sprawa obsługiwania dwóch koni przy siodłaniu, wyprowadzaniu, dosiadaniu i wprowadzaniu do stajni? Czy jeden ułan łatwo daje sobie radę bez pomocnika z dwoma końmi przy tych czynnościach? Bez pomocnika, tj. bez drugiego ułana, czynności te nie są tak łatwe i proste o ile chodzi o wychowanie i przyspasabianie remonta, a wyznaczanie pomocnika wymaga podwójnej ilości ułanów.

Zresztą oprowadzanie konia luzem przy starym koniu nie ma żadnego wpływu ani na wychowanie, ani też; na przyszłe ujeżdżenie go. Twierdzenie, że młody koń, patrząc na swego starego "kolegę" nauczy się nosić jeźdźca, wydaje mi się nieprawdopodobnym, gdyż koń me jest znów na tyle rozsądny, żeby zrozumiał intencję człowieka i patrząc na grzbiet swego "towarzysza", za jego przykładem, nagiął własny grzbiet pod ciężar jeźdźca.

Jakie ma znaczenie prowadzenie młodego konia raz z prawej, raz z lewej strony starego konia? Czy to dla rozmaitości, czy też ma jakieś znaczenie i związek z późniejszym rozwojem i ujeżdżeniem konia? Wywody te są dla mnie nie zrozumiałe.

Dalej autor proponuje ogrodzone i pochylone do środka koła do linkowania oraz korytarze okólne dla "wybrykania się koni" i wyładowania nadmiaru energii. Chociaż pomysł idealny, ale znów jest to niemożliwe do zastosowania w praktyce w pułkach. Ileżby trzeba było takich kółek i korytarzyków (przestrzeni) na przepędzanie 50 - 60 koni w określonym czasie wypuszczając po l - 2 konie? Poza tym po cóż trzymać się "linki" i powracać do niej okólną drogą, jeżeli się jest propagatorem zarzucenia linki w ogóle?

Jeżeli chodzi o swobodę ruchu, czy nie lepiej byłoby dać koniom większą przestrzeń w rodzaju dużego okólnika o różnorodnym podłożu, zamiast zamykania ich w ciasnych kołach i korytarzach lub znów powracania do linki?

Jest to sprawa o wiele prostsza i korzystniejsza, ale, niestety, nie wszystkie pułki mogą sobie na to pozwolić ze względu na brak terenów, aczkolwiek na podobny okólnik nadają się wszelkiego rodzaju nieużytki przykoszarowe.

Na taki okólnik można wypuszczać nawet po 20 - 50 koni naraz, zależnie od przestrzeni. Zbudowanie okólnika nie jest ani zbyt kosztowne, ani trudne. Wielkość okólnika 100 m X 100 m wystarczy całkowicie na 50 - 60 koni z tym, że połowa takiego zastępu przez pół dnia może korzystać na okólniku z kompletnej swobody i ruchu.

Druga połowa zastępu, która przed południem, dajmy na to, chodziła i pracowana była pod jeźdźcami może tak samo korzystać z okólnika po południu. I tak na zmianę przez cały okres ujeżdżenia, nie wyłączając nawet dni świątecznych i dżdżystych, zimowych i letnich. Konie sprowadzać do stajni do obrokowania i pojenia. Dawki siana także mogą być dawane koniom na okólniku w specjalnych drabinkach, ustawionych w kącie okólnika.

Poza zasadniczym celem, swobody i ruchu, okólnik ma duże znaczenie pod względem wychowania, przysposabiania koni do przyszłej służby, gdyż można ich tam oswoić ze strzelaniem, manekinami, samochodem itd. Konie przyzwyczają się do ułanów, którzy, każdorazowo sprowadzając konie do stajni, podają im owies lub siano z ręki.

Bez okólnika nigdy się nie da wychować koni w ruchu i swobodzie. Oprowadzanie koni, czy to w ręku, czy przy starym koniu, jest dorywcze tylko, a resztę całej doby koń stoi w stajni bez powietrza. Koń nudzi się, będąc uwiązany do ściany, denerwuje się i szuka sobie rozrywki. Owocem tych nudów jest łykawość, ,,choroba tkacka", przestępowanie z nogi na nogę, ocieranie łańcuchem o żłób, gryzienie się nawzajem itd., co później przeradza się w nałóg lub w złośliwość konia.

O ile warunki terenowe pozwalają, to obok okólnika warto wybudować mały korytarzyk z przeszkodami, przez które początkowo przeprowadza się konie w ręku, a później, po kilku takich lekcjach, puszczać przez korytarz luzem po 2-3 konie razem. Posiadanie i używanie takiego korytarza daje o wiele lepsze rezultaty niż nauka skakania pod jeźdźcem, która zresztą odbywać się będzie też w swoim czasie.

Co do używania "Chambon" w pracy ujeżdżenia koni, uważam za absolutnie niepotrzebne w masowej pracy. Może się przydać jedynie dla koni wyjątkowych, zadzierających głowy do góry i to nie na początku rozpoczęcia. podjeżdżania, lecz gdzieś w końcu 2. okresu, o ile się przedtym bezskutecznie wyczerpało wszystkie inne możliwe środki zaradcze, jak zmiana jeźdźca, osobista praca instruktora na tym koniu itd.

Jeżeli zadzieranie głowy jest owocem zrażenia pyska i twardej ręki jeźdźca, to przy zmianie jeźdźca koń opuści głowę. O ile zaś koń ma specjalną budowę tj. słabą, giętką, jelenią szyję to i "chambon" nic nie pomoże. Działanie tego przyrządu będzie skuteczne wtedy, gdy jest nałożony na konia, z chwilą zaś gdy się go zdejmie i posadzi jeźdźca, - koń znów zacznie zadzierać głowę do góry.

Nie wątpię jednak, że przyrząd ten będzie bardzo korzystny i pomocny w ujeżdżaniu wyjątkowo trudnych koni o nadzwyczajnych kwalifikacjach sportowych.


* * *


Dla krytyki i cennych uwag czytelników i fachowców podaję w skrócie kilka szczegółów pracy nad wychowaniem i zaprawą koni remontowych, którą obecnie prowadzę. Konie są podjeżdżane w szwadronie młodych koni około 11 miesięcy. Warunki pracy, udogodnienia i niedomagania przedstawiają się jak niżej:

  1. Teren gliniasty, twardy, albo śliskie błoto w porze dżdżystej. Profil terenu - równy, pozbawiony wszelkich urozmaiceń, lasów, rzek itd. Do jazdy terenowej można wykorzystać tylko drogi, bo reszta terenu - to pole uprawne. Jednym słowem, jeżeli chodzi o odpowiedni teren dla koni remontowych, to sprawa ta przedstawia same minusy.
  2. Natomiast jest dość rozległy plac ćwiczeń, gdzie konie mogą chodzić na swobodzie. Są 3 - 4 duże okólniki, które są bardzo szeroko stosowane dla swobody i ruchu koni. Jest specjalny korytarz z przeszkodami stałymi, przez które przepędza się konie luzem.
  3. Rząd koński: siodła - przepisowe, niezbyt wygodne dla ujeżdżenia remontów ze względu na rozmiary, grubość i sztywność.
  4. Uzdy - przepisowe (służbowe), lecz przerobione w bardzo prymitywny i prosty sposób dla udogodnienia pracy i dla wygody koni remontowych w sposób następujący:
    Z uzd przepisowych na koniu pozostały tylko same policzki munsztukowe. Reszta, jak ogłowie wędzidłowe, nachrapniki, zostały odpięte. Do policzek munsztukowych, za pomocą twardego drutu w kształcie litery "S", są przymocowane wędzidła. Wszystkie wędzidła grube (angielskie) sportowe. Udogodnienie to dostosowane dlatego, że przy całkowitej uździe przepisowej, dzięki ciasnemu nachrapnikowi, przy kierowaniu koniem więcej działa nachrapnik niż wędzidło, co przekreśla cel właściwej pracy i przeznaczenie wędzidła. Z powodu usunięcia nachrapnika i policzek wędzidłowych, uzda stała się bardzo dogodna.
    Podkreślam, że ta modyfikacja uzd jest bardzo korzystna i dogodna, a nic nie kosztuje, ani też nie wymaga przeróbek uzd przepisowych. Jedyny wydatek - to wędzidła angielskie, ale w stosunku do ich wartości użytkowej i wytrzymałości (kosztuje 6 - 9 zł) wydatek ten nie wydaje mi się wcale znaczny.
  5. Ujeżdżacze - są to ułani, starszego rocznika. Ułani ci nie są specjalnie dobierani i faktycznie, przez pierwsze dwa miesiące po ich przydziale, postęp ujeżdżenia koni jest wolny ze względu na słabe opanowanie jazdy jako ujeżdżaczy. Uwaga w tym czasie jest zwrócona jedynie na udoskonalenie, i poprawienie dosiadu oraz prowadzenia konia.
    Zaznaczyć należy, że, pomimo dużych usterek na początku, co do należytego opanowania zasad jazdy teoretycznie i praktycznie, ułani ci po kilku miesiącach tak doskonale się wyrabiają, że nie chciałbym tych ułanów zamienić nawet na podoficerów, jeżeli chodzi o wartość, jako ujeżdżaczy.
    Na jednego ułana przypada 3 - 4 konie włącznie ze służbą garnizonową i koszarową.
  6. Praca zimowa odbywa się przeważnie, jak i latem, na powietrzu. Duża oświetlona szopa, która, ze względu na rozmiary, nie odpowiada wymaganiom ujeżdżalni, jest wykorzystywana jedynie do nauki naskakiwania w porze zimowej i do przejażdżki koni w razie niepogody, uniemożliwiającej pracę na otwartym powietrzu.
POSTĘP PRACY OSWAJANIA KONI.

Ze względu na czas zakupu młodych koni i rozdziału podjeżdżonych koni na szwadrony, okresy podjeżdżania są krótsze i więcej przyspieszone, niż to przewiduje instrukcja ujeżdżania.

Około 6 tygodni po zakupie - okres aklimatyzacji. W tym czasie konie chodzą tylko na okólnikach. Praca polega na doprowadzeniu koni do porządku pod względem zdrowotności, uporządkowania kopyt, toalety, leczenia strzałek itd., oraz kompletne obłaskawienie koni i przyzwyczajenie ich do ręki ułanów. W ostatnich 2 tygodniach - praca przygotowawcza do ruchu pod siodłem i jeźdźcem. Praca ta polega na przyzwyczajeniu koni do siodłania, kiełznania, dosiadania i ruchu pod jeźdźcem bez siodła. Nauka odbywa się następująco:

  1. kiełznanie w stajni, wyprowadzanie na uzdach na okólnik i wypuszczenie koni na swobodę, (2-3 lekcje),
  2. siodłanie w stajni, wyprowadzenie znów na okólnik, rozsiodłanie z podaniem z ręki owsa i wypuszczanie na swobodę (l - 2 ćwicz.),
  3. przyzwyczajenie do ciężaru jeźdźca, dosiadanie na oklep, które odbywa się na koniowiązach w czasie obrządków południowych. Jeden ułan z owsem w koszyczku, drugi ułan podsadza trzeciego za kolano, który stopniowo obciąża konia lub dosiada go powoli, głaszcząc, klepiąc itd. W ten sposób ci 3 ułani przechodzą kolejno przez wszystkie konie. Ćwiczenia te są przerabiane pod nadzorem oficera lub podoficera-instruktora.
    Po 2 - 3 dniach konie są oswojone z ciężarem jeźdźca na własnym grzbiecie.
  4. Gdy konie już bez obawy i spokojnie znoszą jeźdźca na grzbiecie, są oprowadzane pod jeźdźcem kilka kroków przez drugiego ułana, po czym koń jest oklepywany i częstowany owsem.

Są to pierwsze kroki konia pod jeźdźcem. (Ćwiczeń 2 - 3).

Następne ćwiczenia będą już połączeniem wszystkich poprzednich ćwiczeń razem, t. j. kiełznania, siodłania, dosiadania przez podsadzanie z kolana i oprowadzanie pod jeźdźcem w ręku na okólnik, rozsiodłanie, obłaskawianie z dawką owsa i wypuszczenie na swobodę, (ćwiczeń 1-2).

Gdy już konie spokojnie idą, ułan, prowadzący konia, wypuszcza wodze z ręki i maszeruje tylko obok konia stopniowo oddalając się od niego (do przodu).

Ponieważ prowadzenie koni na okólnik odbywa się w roju, konie nawet nie zauważą, jak prowadzący ułani odeszli od nich. Zaznaczam przy tym, że podobnych ćwiczeń nie potrzeba przerabiać więcej jak jeden - dwa razy, gdyż konie zazwyczaj chodzą tak dobrze i spokojnie, że zbyteczne jest maszerowanie i zajmowanie ułanów.

Te przejażdżki na okólnik przedłuża się stopniowo z dnia na dzień i w ten sposób przechodzi się do faktycznej i normalnej pracy pod jeźdźcem.

Celem zachowania spokoju konia i uniknięcia ewentualnego przestraszenia go, trzeba, przynajmniej tydzień jeszcze, stosować dosiadanie nie ze strzemienia, lecz z podsadzania za kolano. Przy tym, jak przy dosiadaniu tak samo i po zakończeniu pracy, przy zsiadaniu, jest 2 ułanów na zastęp, z których jeden podaje koniowi owies i go głaszcze, a drugi podsadza jeźdźca kolejno przechodząc przez wszystkie konie zastępu.

Stosując w opisany sposób wymienione ćwiczenia, już drugi rocznik remontowych koni rozpoczyna i kończy okres podjeżdżania, nie zobaczywszy nawet linki na oczy.

Cała praca przygotowawcza nie trwa więcej jak tydzień, ale zaznaczam, iż w okresie aklimatyzowania konie są tak obłaskawione i tak nabrały całkowitego zaufania do swoich wychowawców - ułanów, że biegają za ułanami jak źrebięta za matkami.



Powrót do spisu treści rocznika Powrót