skanowanie: 'ŻURAWIEJKI' Michał Choczaj http://www.zurawiejki.horsesport.pl/

1935/11 (121) poz.2

PPŁK. DYPL. STEFAN MOSSOR

KAWALERJA W ŚNIEGU

Śnieg nie jest żywiołem kawalerji. Utrudnia nam wyszkolenie, zasypuje ujeżdżalnie i teren, uniemożliwia często prowadzenie codziennej lekcji z rekrutami. Kłus, a zwłaszcza galop są utrudnione, o skokach często niema wogóle mowy. Nawet walkę pieszą trudno prowadzić, bo jak tu się okopywać w śniegu, kiedy przedpiersie mozolnie usypane nie stanowi ochrony przed kulą! Jak tu wykorzystywać teren, kiedy każdy szperacz widoczny jest na parę kilometrów, a jego jazda w terenie na przełaj jest często zupełnie niemożliwa. Żadne zasady i przyzwyczajenia urobione i standaryzowane na wiosnę i w lecie nie dadzą się zastosować. Więc walczymy ze śniegiem; wysypujemy ujeżdżalnie nawozem i kładziemy główny nacisk na wyszkolenie strzeleckie i teorję, a tymczasem w każdej wolnej chwili zamieniamy konia na narty i rozkoszujemy się swobodą ruchów, jaką nam dają deski. Koń jakby stawał się w zimie mniej użyteczny, a w każdym razie jest mniej atrakcyjny.

Tymczasem w zimie trzeba się także bić, tylko, że działania zimowe są inne niż w lecie. Nasz rok wyszkoleniowy tak się układa, że 90% wyszkolenia zespołowego przypada na wiosnę i lato. To też taktyka wszystkich związków, od plutonu do brygady jest raczej urobiona na warunki letnie. Ćwiczeń zimowych jest mało, a i te co są nie zawsze trafiają na prawdziwie zimowe warunki. Suma naszych doświadczeń zimowych jest stosunkowo mała.

Przypuszczam, że niektóre uwagi odnośnie ćwiczeń zimowych mogą zainteresować ogół kawalerzystów, dlatego chcę zająć niemi uwagę czytelników.

Mowa, oczywiście, o zimie "prawdziwej", ze śniegiem, mrozem i t. d.

WYEKWIPOWANIE.

O ile kampanję w lecie wygrywa się często "nogami żołnierzy", o tyle można śmiało powiedzieć, że kampanję zimową wygrywają w conajmniej pięćdziesięciu procentach kwatermistrze oddziałów. W kampanjach zimowych niema bowiem rozmachu. Zbyt zimno na to i dzień zakrótki. Niezależnie od posunięć operacyjnych lub taktycznych bierze górę przeważnie ten, kto dłużej wytrzyma, bo mróz kruszy armję szybciej i skuteczniej niż nieprzyjaciel.

Zauważyłem, że ilość odmrożeń zależy ściśle od jakości wyekwipowania. Naogół kawalerja jest tu górą. Jeden ze szwadronów naprzykład podczas kilkudniowych ćwiczeń w ostrych warunkach miał tylko jeden wypadek lekkiego odmrożenia i to z powodu zaciasnych butów. Wyekwipowanie jego uważam za wzorowe i podaję je, jako przykład | naprawdę godny naśladowania dla każdego oddziału, bez względu na rodzaj broni.

  1. Czapka.
    Nowa czapka zimowa (jakie oddziały ostatnio otrzymały) jest doskonała. Ciepła, lekka, chroni uszy i twarz dostatecznie przed mrozem. Jest ona przytem estetyczna, a zyskałaby może, gdyby odrzucić rogi i nadać jej formę zwykłej czapki narciarskiej.
    Jest ona nabytkiem naprawdę pierwszorzędnym.
  2. Spodnie i bluza.
    Sukienne, typu dotychczasowego, są bardzo dobre. Spodnie dla jezdnych winny być, oczywiście, obszyte skórą.
  3. Buty.
    Obszerne, dobrze natłuszczone. Zaopatrzenie nóg, mojem zdaniem, powinno być następujące:
    • gołą nogę, czysto wymytą, nasmarować łojem kozłowym,
    • następnie owinąć ją papierem pergaminowym,
    • na papier nałożyć narciarską skarpetę z czystej wełny, wyrobu chłopów z Wileńszczyzny (po l zł. 50 gr. para),
    • na skarpetę nawinąć drugą warstwę papieru pergamin nowego i na to wciągnąć but.
    Tak zaopatrzona noga nie boi się mrozu 30 stopniowego, oczywiście pod warunkiem ruchliwego prowadzenia marszu i walki.
    Woźnice i kucharze otrzymać winni ponadto na buty słomianki, twardo uplecione ze słomy, zaś na płaszcze kożuchy wartownicze.
    Konieczne jest wprowadzenie podwójnych przyszew do butów, ponieważ nawet nowe buty żołnierskie mimo częstego smarowania tranem przemakają.
    Szczególnie unikać trzeba zaciasnych butów. Są one wogóle nieznośne, w zimie zwłaszcza jest to bardzo niebezpieczne, bo, jak wyżej wspomniałem, jedyny wypadek odmrożenia w szwadronie został właśnie spowodowany przez ciasne buty.
  4. Bielizna.
    Ciepła zimowa. Na taką koszulę nakłada się zwykły kaftan flanelowy (dziany) z rękawami.
  5. Płaszcz.
    Sukienny, kawaleryjski. Byłoby praktyczne powszywać na zimę w rękawy płótno ściągnięte gumą około kiści, co doskonale chroni przed "wianiem w rękawy" i wzmaga ciepło całego ciała.
    Kożuszek kawaleryjski uważam stanowczo za niepraktyczny, bo nogi, biodra i podbrzusze wystawia na działanie mroźnego wiatru. Jeżeli się zaś włoży na taki kożuszek płaszcz, to żołnierz jest tak grubo wypchany, że nie może się wdrapać na konia, a w marszu pieszym jest niezgrabny i po kilkuset krokach mokry od potu.
  6. Pod płaszczem
    t. j. między bluzą, a płaszczem nakłada żołnierz lekką kamizelkę futrzaną o bardzo krótkim włosie, bez rękawów, sięgającą tylko do pasa i zawiązywaną z przodu na kilka par tasiemek. Kamizelka ta jest lekka, nie krępuje ruchów, a mimo to ciepła; w razie odwilży daje się łatwo schować do juczek, względnie do plecaka (piechota).
    Przy powyższem wyekwipowaniu dowódca może łatwo regulować ciepłotę ubrania szeregowych, każąc na dany dzień zdjąć lub włożyć kaftan, kamizelkę, lub jedno i drugie.
  7. Wełniany szalik.
    Płaszcze powinny być pod szyją dość głęboko wycięte, inaczej tamują swobodę ruchów głowy i drapią boleśnie szyję szorstkim włosem. Wycięcie to powinno być zneutralizowane wełnianym szalikiem, tanim, niezbyt szerokim, który powinien owijać szyję i być skrzyżowanym na piersiach.
  8. Rękawice.
    Niezmiernie ważnym szczegółem umundurowania zimowego są rękawice. Ręce trzymają wodze lub broń i marzną najprędzej, a zimno w ręce powoduje marznięcie całego ciała i obniża gwałtownie nastrój oddziału. Żadne "zabijanie" na długo nie pomoże, bo raz zmarznięte ręce marzną cały dzień.
    Rękawice zimowe, w które był zaopatrzony wspomniany szwadron, są rzeczywiście doskonałym pomysłem. W ciągu 20 lat służby wojskowej i zajmowania się sportami zimowemi, po raz pierwszy trafiłem na rękawice rzeczywiście idealne.
    Dość powiedzieć, że przy 27 stopniowym mrozie, nikt rąk nie zabijał i nikt nie zmarzł w ręce, pomimo trzymania 4 zimnych rzemieni. Przy normalnym mrozie ręka siedzi w tej rękawicy jak w piecu.
    Zamówił je kwatermistrz pułku na Wileńszczyźnie, gdzie chłopi wyrabiają takie rękawice na wielką skalę. Są one zrobione na wzór rękawic narciarskich, ale z czystej wełny owczej, czesanej w domu; gotowe już rękawice idą do tak zwanego "folusza", gdzie są na gorąco i na mokro "zbijane", w ten sposób, jak się zbija grube sukno góralskie lub chłopskie (na sukmany).
    Nakoniec rękawica taka zostaje obszyta aż po kiść (każdy palec oczywiście pozostaje osobno) zwykłem szarem grubem płótnem, używanem na chłopską bieliznę i na ścierki.
    W ten sposób zrobiona rękawica nie przepuszcza wiatru i świetnie trzyma ciepło, zaś niszczy się bardzo powoli, bo płótno chroni ją od "skudłaczenia" i wytarcia.
    W razie przemoczenia trzeba ją tylko dobrze na obie strony wysuszyć i służy doskonale dalej. Na wiosnę wystarczy zdjąć obszycie, wyprać i obszyć na nowo.

Przekonałem się osobiście i wszyscy oficerowie obcych oddziałów podzielali moje zdanie, że wyżej opisany ekwipunek jest rzeczywiście bardzo dobry, chroni znakomicie całe ciało przed mrozem i, co zatem idzie, utrzymuje oddział w doskonałym nastroju moralnym.

ZAKWATEROWANIE.

W lecie wystarczy w razie potrzeby biwak, a w byle jakiej wsi można zmieścić dużo kawalerji. W zimie, przy potężnym mrozie, nie można koni zostawić na mrozie, nie wystarczy nawet dach nad głową, bo ściany stajni czy stodółki muszą być szczelne.

Kawalerja jest więc zmuszona kwaterować dość szeroko i dowódca, który nią dysponuje, o tem pamiętać.

SZYBKOŚĆ PORUSZEŃ.

Kawalerja i artylerja konna dają sobie dość dobrze radę z suchym śniegiem (gorzej jest z roztopami, ale te i dla walki piechoty są najuciążliwsze). W marszu podróżnym oddział mieszany kawalerji z artylerja uzyskuje bez wielkiego wysiłku szybkość 5 - 6 km na godzinę. W lekkiej styczności z nieprzyjacielem odchodzącym, lub w luce słabo osłoniętej, szybkość ta bardzo mało maleje.

Gorzej jest jednak z taborami, a zwłaszcza z kolumną amunicyjną. Szybkość ich nie przekraczała nigdy 2-3 km na godzinę, a spada czasem do jednego kilometra, przyczem podoficerowie żywnościowi i woźnice muszą się zdobywać na niebywałą zaciekłość w walce ze śniegiem, ażeby dotrzeć na czas do oddziałów.

MARSZ PODRÓŻNY.

Technika prowadzenia marszu podróżnego w śniegu jest prosta: Dowódca oddziału jezdnego nie powinien ani na chwilę zapomnieć o tem, że 5 minut bezruchu jeźdźca może spowodować ciężkie odmrożenia.

Szczególnie groźne są marsze pod wieczór, kiedy mróz gwałtownie potężnieje a ludzie są zmęczeni. Krajobraz nabiera sinawej barwy, śnieg głośno chrzęści, z koni podnosi się kłębami para - ale nie ma się właściwie uczucia zimna, zwłaszcza jeżeli brak wiatru. Mróz skrada się jednak niepostrzeżenie w każdą szczelinkę munduru i wypala natychmiast na ciele swoje niegojące się piętno. Trwalsze zetkniecie się szyji z haftką od płaszcza wystarcza, ażeby nazajutrz powstała w tem miejscu piekąca spuchlizna. Palce od nóg, pozostawione na chwilę samym sobie, niepostrzeżenie drętwieją i trudno je potem rozruszać, a trzeba to koniecznie robić, bo można się z nimi rozstać na zawsze.

Jak w takich warunkach prowadzić marsz? Najlepiej przeplatać kłus z marszem w ręku. Szybkość jest wówczas dość duża i ludzie nie marzną, zaś konie najmniej się męczą. Jeżeli z powodu głębokiego śniegu marsz w ręku jest zbyt męczący, ażeby go tak często stosować, wówczas trzeba przynajmniej podawać w stępie co chwilę komendy: "Wypuścić strzemiona" - "zabić ręce" - "krążyć stopami" - "poruszać palcami od nóg" i t. d.

Dowódca nie powinien ani na moment zapomnieć, że buty szeregowych są mniej pierwszorzędne niż jego, i że młody chłopak z właściwą dla swojego wieku lekkomyślnością nie wysila zbytnio swojego umysłu, ażeby zachować zdrowie.

Mrozu zresztą nie czuje.

Kwaterunkowi i tabory muszą być wysłani bardzo wcześnie, ażeby mieli dość czasu przygotować wygodne warunki odpoczynku.

MARSZ UBEZPIECZONY.

Technika marszu pozostaje, oczywiście, ta sama, co w marszu podróżnym. Dochodzi kwestja ugrupowania i ubezpieczenia. Grupując oddział do marszu ubezpieczonego na śniegu, trzeba pamiętać o 2-ch rzeczach:

  1. Ugrupowanie musi być luźniejsze, a zwłaszcza głębsze niż w lecie, bo po pierwsze każdego jeźdźca już zdaleka widać na śniegu doskonale, powtóre na wypadek zaskoczenia zwartej kolumny z bliska, rozluźnienie jej będzie w zaspach bardzo trudne.
  2. Zarówno my, jak i nieprzyjaciel, jesteśmy w czasie głębokiego śniegu przywiązani do dróg. Jazda na przełaj, gdzie nogi końskie napotykają pod śniegiem na coraz przykrzejsze niespodzianki, jest tak uciążliwa i ślimaczo powolna, że każdy z niej szybko rezygnuje.

W związku z tem, sposób ubezpieczenia marszu formuje się sam przez się: wyciąga się przedewszystkiem po osi marszu. Daleko przed sobą podjazd, potem szperacze czołowi, spory kawał za nimi szpica i wreszcie w dużych odległościach oddział główny straży przedniej i gros. O ile są po bokach drogi równoległe, idą nimi patrole, lub niewielkie straże boczne. Silnych straży bocznych nie warto wysyłać, bo ściągnięcie ich do walki sił głównych, naprzełaj przez zaspy, napotyka na wielkie trudności.

Tylko wielka jednostka kawalerji może z mniejszem ryzykiem dzielić się na jedną lub kilka kolumn, już z myślą o manewrze. Głębokość jej ugrupowania pozwoli jeszcze na czas skupić siły. Pułk, a tembardziej szwadron musi tego unikać.

A jeżeli dróg równoległych wogóle nie ma?

Wówczas są tylko dwie rady:

  1. Ubezpieczać boki szperaczami lub patrolami na nartach.
  2. Ze straży przedniej wysyłać na drogach poprzecznych patrole boczne stojące.

Najgroźniejsze zaskoczenie z boku grozi kawalerji ze strony narciarzy nieprzyjaciela. To też posiadanie własnych narciarzy uważam za niezbędne. Sprzęt dla nich powinien być wożony na osobnych wozach, bo doraźne rozmieszczanie nart wśród innego ładunku szybko doprowadzi do ich zniszczenia.

Tak czy inaczej, marsz pułku kawalerji w śniegu wyciągnie się w długą "kiszkę". To pociąga za sobą inny sposób rozmieszczenia środków ogniowych, niż to ma miejsce w lecie. Rozmieszczenie to przypominać będzie marsz nocny. I tu i tam oddziały są przywiązane do dróg, a więc i w jednym i w drugim wypadku oddziały czołowe muszą być zdolne do silnej reakcji przełamującej lub obronnej, muszą mieć z sobą dużo ognia.

Przydzielanie do szpicy drużyny k. m. uważam z reguły za konieczne. Drużyna ta (juki, bo taczanki będą w śniegu mało przydatne), będzie maszerowała za czołową sekcją, gotowa do natychmiastowego otwarcia ognia.

Na czele oddziału głównego szwadronu straży przedniej powinna iść znowu drużyna k. m., potem pluton linjowy, a bezpośrednio za nim działon, który będzie strzelał z szosy ogniem nawprost. Zjechanie na bok będzie najczęściej niemożliwe i zabrałoby zbyt wiele czasu.

Nieprzyjaciel, który się na nas natknie musi być z miejsca oszołomiony gwałtownym ogniem k. m. i pociskami działonu, bo to tylko da nam czas na schowanie koni straży przedniej za jakieś zakrycie, spieszenie się i rozwinięcie do walki. Bo spieszenie straży przędnej będzie tu regułą. Jej natarcie konne w głębokim śniegu będzie w 90 wypadkach na 100 niemożliwe.

Reszta k. m. powinna maszerować za czołowym szwadronem sił głównych oddziału, natomiast baterję należy umieszczać dość daleko w tyle, a to z dwóch względów:

  1. Jej zawrócenie jest w śniegu równie trudne jak w nocy.
  2. W razie manewru sił głównych na boczną drogę nie powinna ona zatarasować drogi.

Jej miejsce będzie więc na końcu kolumny pod odpowiednią osłoną. Nie potrzebuję jednak dodawać, że dowódca baterji wraz ze zwiadem będzie zawsze na czele przy dowódcy oddziału, zaś szybkie pociągnięcie drutu od baterji do przodu powinno być każdej chwili zapewnione.

Łączność wzdłuż kolumny przypadnie najczęściej gońcom konnym; z ubezpieczeniami bocznemi mogą ją utrzymać tylko narciarze.

WALKA SPOTKANIOWA.

Doszliśmy do punktu, w którym straż przednia natknęła się na nieprzyjaciela. Bez względu na jakość tego nieprzyjaciela (chyba, że jest to patrol, co się łatwo okaże) powinna straż przednia wystąpić niezwłocznie całą siłą, wprowadzić do walki odrazu wszystkie środki ogniowe i natrzeć bezzwłocznie pieszo. Jest to konieczne zarówno w tym wypadku, jeżeli nieprzyjaciel jest słaby, bo wówczas opór pęknie szybko bez straty czasu dla sił głównych - jak i w wypadku, kiedy nieprzyjaciel jest silny, bo wówczas trzeba go czołowo związać, ażeby siłom głównym umożliwić manewr.

Manewr jest bowiem w zimie jeszcze cenniejszy, niż w lecie. Czołowe natarcie rozwija się w śniegu bardzo powoli i postępuje bardzo wolno. Sam śnieg idzie tu nieprzyjacielowi na rękę, bo opóźnia nas i wystawia na cel, jak na dłoni. Wykorzystanie terenu niewiele pomoże, a jeżeli nas ogień przybije na dłuższy czas do ziemi, to mróz zada nam wkrótce większe straty niż karabiny maszynowe.

Dowódca kawalerji zdecyduje się więc na czołowe natarcie całością sił tylko w ostateczności.

Jego pierwszą myślą będzie wyszukanie słabego punktu i podsunięcie tam swojego gros pod osłoną straży przedniej. W ten słaby punkt trzeba natychmiast uderzyć wszystkiemi siłami, ażeby wyjść na skrzydło i tyły tego nieprzyjaciela, który nam zamknął drogę czołowo.

Jeżeli przebicie się zrobimy szybko i zdecydowanie, to nieprzyjaciel nigdy nie zdąży przegrupować na czas odwodów, ażeby nam zastąpić drogę na nowym kierunku. Musi to zrobić okólnemi drogami, bo marsz naprzełaj jest i dla niego niezmiernie trudny.

Z chwilą więc, gdy się ugrupowanie nieprzyjaciela przebije, następuje wyścig po drogach równoległych, s na takim wyścigu kawalerja zawsze wychodzi dobrze.

Manewr jest, jak widzimy, w zimie nietylko potrzebniejszy, ale i skuteczniejszy niż w lecie, pod warunkiem jednak, ażebyśmy odszukali ów słaby punkt, o którym powyżej mówiłem.

I tu nasuwa się kwestja rozpoznania. Jego wynik waży w działaniu zimowem jeszcze więcej na decyzji dowódcy niż w lecie, bo błędny manewr jest w śniegu trudniej skorygować niż w lecie. Lotnik towarzyszący ma tu bardzo wdzięczne pole do działania. Jego rozpoznanie musi być jednak uzupełnione i sprawdzone przez niewielkie ale liczne podjazdy, wysłane po wszystkich drogach wiodących do nieprzyjaciela.

Dobór dowódców podjazdów przesądza niemal wynik walki oddziału. Miałem raz szczęście, że jeden z wzorowo działających podjazdów przysyłał mi niemal fotograficzne wiadomości o ugrupowaniu nieprzyjaciela; natknąwszy się w 2 miejscach na opór, trafił wreszcie na słaby punkt, poczem, spędziwszy patrol, zagłębił się w tę lukę, a w ślad za nim poszedł cały oddział. Straż przednia, spełniwszy swoje zadanie, została wciągnięta za oddziałem tą samą drogą i w ten sposób całość znalazła się na tyłach nieprzyjaciela.

NATARCIE.

Nie zawsze się uda wyminąć opór. Zwarte ugrupowanie nieprzyjaciela lub teren (zasypane śniegiem wąwozy, słabo zamarznięte rzeki i bagna) mogą uniemożliwić obejście Wówczas zachodzi konieczność przebicia się siłą.

Miejsce przebicia trzeba wybrać bardzo starannie, wyzyskując niedogodne dla nieprzyjaciela, a korzystne dla nas partje terenu. Będą to najczęściej podejścia leśne lub zabudowane, utrudniające nieprzyjacielowi rozwinięcie ognia, a ułatwiające natarcie na bliską odległość i szybkie przejście do szturmu. Słowem, walka powinna być rozegrana "na szybkość". Długotrwałe zaleganie na otwartych płaszczyznach jest wobec mrozu zupełnie bezcelowe i niebezpieczne.

W miejscu wybranem musimy uderzyć na bardzo wąskim froncie, nie porzucając jednak i w walce pieszej myśli o manewrze. Wysunięty cypel lasu, czy wnikająca w ugrupowanie nieprzyjaciela dolinka mogą nam dostarczyć często okazji do "wyrąbania sobie skrzydła" w zwartem napozór ugrupowaniu nieprzyjaciela.

Niezapominajmy, że mamy nad nieprzyjacielem tę przewagę, że on nie wie, gdzie będzie natarcie, więc musi się grupować szeroko, my zaś wiemy to dobrze i pójdziemy wąsko. W punkcie natarcia będziemy więc mieli zwykle przewagę sił, zarówno pieszych, jak ognia k. m. i artylerji.

OBRONA.

Sprawę obrony komplikuje mróz. Nie można leżeć długo na śniegu i mrozie bez narażenia oddziałów na zdziesiątkowanie przez odmrożenia. Nie mówię tu o obronie stałej, gdzie oddziały siedzą w trwałych okopach, okutane w kożuchy i rozbudowane w ciepłych ziemiankach. Chodzi mi o doraźne organizowanie krótkotrwałej obrony, typowej dla kawalerji.

Odpowiedni wybór terenu odgrywa w takiej obronie zasadniczą rolę, bo oddziały nie mogą być cały czas rozwinięte w komplecie. Zajmą one stanowiska obronne dopiero na czas faktycznego natarcia nieprzyjaciela. Dopóki to nie nastąpi, teren obrony nadzorować będą tylko placówki i często zmieniana załoga karabinów maszynowych.

Ażeby to było możliwe, przedpole musi być rozległe, doskonale obserwowane i opanowane ogniem k. m. i artylerji. Nadają się do tego brzegi rzek lub pasma wzgórz, zarzucone od strony własnej zabudowaniami lub laskami w których gros oddziałów mogłoby znaleźć schronienie przed mrozem. W laskach takich trzeba będzie budować szałasy dobrze osypane ubitym śniegiem. Najsilniejsze skupienia obronne powinny się grupować na drogach i łatwych do podejścia pasmach terenu, wiodących od strony nieprzyjaciela. Otwarte płaszczyzny zasypane głębokim śniegiem mogą być mniej silnie zamykane. Widzimy więc, że obrona w śniegu będzie przedstawiała zarówno wszerz jak i wgłąb sieć węzłów obronnych niezupełnie przypominającą ciągłą linję ognia obrony "letniej".

WALKA OPÓŹNIAJĄCA.

Wyżej opisane zasady obrony przejściowej stosują się też i do walki opóźniającej, tylko w jaskrawszej formie. Ugrupowanie wszerz i wgłąb musi być jeszcze wyrazistsze, a więc luźniejsze. Operowanie przeciwnatarciami będzie i tu i tam utrudnione, to też główny nacisk położyć należy na jak najszersze wykorzystanie ognia, a w związku z tem na staranny wybór pozycyj opóźniających.

Pozycje te muszą odpowiadać tym samym warunkom co wskazane w Regulaminie Kawalerji, z tą jednak poprawką, że każda z nich musi posiadać poza sobą drogę rokadową, po której odwód mógłby się szybko przerzucić na kierunek, na którymby nieprzyjaciel zdołał się przebić. Rokada taka jest niezbędna, bo na przełaj nigdy się nie zdąży. Gdyby się odwód mimo wszystko spóźnił i nie zdołał na czas zastąpić nieprzyjacielowi drogi, wówczas nienależy się wdawać w wyżej wspomniany wyścig po drogach równoległych, bo w wyścigu tym zawsze wygra ten, kto idzie naprzód, a nie ten kto odchodzi. Odwód powinien w takim wypadku śmiało uderzyć wzdłuż rokady na bok nieprzyjaciela, zagłębiającego się w nasze ugrupowanie. Da to przynajmniej dowódcy całości czas na wyciągnięcie czołowych oddziałów i skupienia ich w głębi jako nowego odwodu.

Łączność jest podstawą powodzenia w tej walce. Na pierwszej pozycji będzie to, o ile możności, telefon, w głębi pozostają rakiety, lotnik, radjo i motocykl (o ile śnieg na drogach jest jako tako ubity). Gońcy konni jadą w śniegu zbyt wolno i niewiele można na nich liczyć.

Organizacja łączności jest bodaj najtrudniejszym problemem walki w śniegu i dowódca musi jej poświęcić dużo czasu i starannych przewidywań.

ZAOPATRZENIE.

Najcięższym szkopułem do przezwyciężenia dla dowódców wszystkich oddziałów walczących w śniegu jest kwestja zaopatrzenia. Ruch obładowanych taborów napotyka na niebywałe trudności, których pokonanie wymaga wielkiej energji i siły woli. Szczególnie dotyczy to taborów kawalerji, która idzie bądź co bądź dość szybko naprzód i za którą trudno nadążyć, bo różnica szybkości jest zbyt wielka. Kawalerja maszeruje z szybkością 5 - 6 km na godzinę, tabory nieupłozione wyciągają najwyżej 2 - 3.

Mimo tych trudności zaopatrzenie oddziału funkcjonować może naogół sprawnie, z góry trzeba jednak zaznaczyć, że zawdzięczać to należy krótkiemu trwaniu ćwiczenia w warunkach pokojowych. Poszczególne sekcje żywnościowe oddziału zrobią 40 i 50 km w ciągu dnia, lecz takie wysiłki są możliwe w ciągu kilku dni, natomiast nie są do pomyślenia na całą kampanję zimową.

Widzę następujące środki ułatwiające prawidłowe zaopatrzenie kawalerji w zimie.

  1. Rozkład posiłków.
    Posiłki muszą być w czasie marszów zmodyfikowane, jak następuje:
    Ludzie:
    • Rano przed wymarszem gorąca, gęsta zupa (przewidziana na kolację), do manierek kawa, do juczek kawałek wędzonki w pergaminowym papierze.
    • W czasie marszu i walki około. południa każdy żołnierz indywidualnie zjada chleb z wędzonką i wypija kawę.
    • Wieczorem, po dołączeniu I rzutu taboru bojowego, obfity obiad. Konie:
    • Rano przed wymarszem normalna racja obroku.
    • Dawkę południową zabiera się do owsiaków i wydaje w czasie odpoczynku.
    • Dawka wieczorna wydawana jest również z owsiaków po przybyciu na kwatery.
    • Po obu stronach siodła winny być przytroczone siatki z dobrze skręconem sianem (po 2 kg. z każdej strony). Sianem tem powinno się karmić przy każdej sposobności.
    Jeżeli chodzi o normę owsa i siana, to jestem stanowczo zdania, że koń wierzchowy pracujący na mrozie i w śniegu nie może otrzymywać mniej niż 6 kg. owsa i 4-5 kg. siana dziennie, zaś koń taborowy i artyleryjski powinien ponadto otrzymać dodatek l-2 kg. owsa dziennie.
    Przy powyższym rozkładzie posiłków styczność oddziałów z taborami jest potrzebna tytko wieczorem i rano. I w rzeczywistości nie można liczyć na więcej.
  2. Podział taborów.
    Podział taborów pozostaje normalny: I i II. rzut taboru bojowego i 2 sekcje taboru żywnościowego (rozdzielcza i pobiorcza). W praktyce powinno to tworzyć trzy grupy:
    • Najdalej wysunięty jest I rzut taboru bojowego, złożony na każdy pododdział z kuchni, wozu przykuchennego i amunicyjnego.
    • W tyle poza nim, na punkcie I. przeznaczenia oczekuje następna grupa, złożona z II. rzutu taborów bojowych (wozy furażowe i bagażowe) oraz z sekcji rozdzielczej taborów żywnościowych.
    • Wreszcie na stacji żywnościowej lub w drodze za nią znajduje się ostatnia grupa, sekcja pobiorcza.
    Zaznaczam, że tabory wszystkich pododdziałów danego pułku wzgl. oddziału zbiorowego powinny być zcentralizowane w zwarte grupy w ręku energicznych i stałych dowódców. Od wytrwałości i twardej ręki tych dowódców zależy regularność zaopatrzenia oddziałów.
    Każda z wyżej wymienionych grup powinna posiadać osobnego dowódcę, oficera lub starszego podoficera.
    Pierwszą grupą powinien dowodzić najenergiczniejszy ze wszystkich pododdziałów wachmistrz szef.
    Drugą grupą dowodzi wachmistrz, stały dowódca tej sekcji, która jest w danym dniu rozdzielczą.
    Trzecią grupą dowodzi dowódca sekcji pobiorczej.
    Oficer żywnościowy nie powinien być bezpośrednio związany dowodzeniem żadnej z grup. Krąży on stale między stacją zaopatrzenia a oddziałem i koryguje ruch taborów. Kieruje tym ruchem osobiście dowódca.
  3. Ruch taborów. Po otrzymaniu wieczorem obu części rozkazu operacyjnego, dowódca oddziału wydaje swój rozkaz bojowy, dołączając do niego szczegółowe rozkazy regulujące zaopatrzenie, a mianowicie:
    • Godzinę wydania posiłku porannego, godzinę wymarszu I. rzutu T. B. i jego I punkt przeznaczenia (wysyłać możliwie najwcześniej).
    • Miejsce i godzinę dołączenia nowej sekcji rozdzielczej (która powraca ze stacji żywn.) do II. grupy taborów, godzinę ich wspólnego wymarszu i punkt I. przeznaczenia.
    • Wymarsz nowej sekcji pobiorczej z oddziału na stację żywnościową, godzinę pobrania, godziny odpoczynku i powrót na punkt pośredni (o ile tego wszystkiego nie reguluje dla tej sekcji wyższy dowódca, co jest niezawsze praktyczne).
    Rano wymarsz. Oddział idzie naprzód i rozpoczyna akcję bojową; tabory wyciągają się w trzech rzutach za nim. W czasie walki dowódca powinien nieustannie pamiętać o podciąganiu taborów na kolejne punkty przeznaczenia, ażeby nie przyszły zbyt późno. Trzeba pamiętać że zapomnienie o taborach tylko na 2 godziny opóźni wydanie obiadu wieczorem o 4-5 godzin, czyli, że oddziały dostaną jeść gdzieś nad ranem.
    Na punkty kolejnych przeznaczeń wybierać należy wsie i osady na skrzyżowaniach dróg wiodących ku przypuszczalnym celom bojowym oddziału.
    Najlepszym środkiem łączności do podciągania taborów jest po przetartej drodze motocykl; inaczej trzeba posyłać gońców konnych, co trwa długo. Okazyjnie może się zdarzyć użycie telefonu.
  4. Upłozienie wozów. Upłozienie wozów jest niezbędne. Inaczej zaopatrzenie w żywność i amunicję utknie po kilku forsowniejszych marszach. Płoza wozu taborowego powinna być jedna na oba koła, szeroka i lekka, przyczem jej dziób powinien przylegać do przodu przedniego koła. W ten sposób płoza będzie stosunkowo krótka i wóz będzie dostatecznie zwrotny, pomimo unieruchomienia przednich kół.
    Koła pojazdów artyleryjskich i kuchen polowych muszą zachować oddzielne płozy, powinny one być zato szerokie i bardzo solidnie przytwierdzone, zaś same koła muszą być poprzednio unieruchomione mocnemi zaczepami od szprych do boków jaszczy czy lawet, względnie kotłów.
PIELĘGNACJA KONI.

Konie naogół wytrzymują dobrze mróz i nie wymagają specjalnych środków ochronnych. Niemniej mróz ten zabiera im dużo energji cieplnej i wymaga jej uzupełnienia w postaci zwiększonej racji owsa. Celem zaoszczędzenia tej energji powinno się szczególnie starannie dobierać kwatery i dopilnować zaopatrzenia słomą wszystkich dziur w ścianach. Pojenie jest kwestją mniej ważną niż w lecie. Konie piją stosunkowo mało i można śmiało zaryzykować niepodawania im lodowatej wody w ciągu dnia, a za to po przyjściu na kwatery napoić je do syta wodą postawioną na pewien czas w izbie chłopskiej dla ogrzania.

Wielkiem zmartwieniem marszu w głębokim śniegu są ustawiczne zatraty hacelami. Kto wie, czy nie opłaciłoby się uszyć specjalnych ochraniaczy skórzanych na koronki i pęciny. Bardzo duży procent koni kaleczy się bowiem w ten sposób, a najmniejsze ranki źle się goją na mrozie.

Wykręcanie zupełne haceli jest niebezpieczne, bo zdmuchany z pod śniegu kawałek tafli lodowej może spowodować upadek konia i złamanie nogi lub zbicie stawu biodrowego.


* * *


Powinniśmy dużo uwagi poświęcić działaniom zimowym. Jak wyżej wspomniałem, niema w nich rozmachu, niema w nich szybkich rozstrzygnięć galopującej kawalerji. Życie zimowe w polu składa się z wiecznej troski o detale, o szczegóły wyżywienia i wyekwipowania, z uporczywej walki z mrozem i jego skutkami. Jestto mało efektowna, ale niemniej wielka próba charakterów i wytrwałości. Bo, o ile wielkie zwycięstwa w tych warunkach są trudne do uzyskania, o tyle każdy oddział może łatwo ulec zdziesiątkowaniu, a spowoduje to najczęściej mróz.

Nie trzeba zapominać, że zadał on pod Moskwą bezprzykładną klęskę największemu genjuszowi wojennemu wszystkich czasów. Trzeba więc, ażebyśmy byli gotowi do stawienia mu czoła.



Powrót do spisu treści rocznika Powrót